sobota, 21 listopada 2009

Tort Sachera



Należałoby napisać "prawie tort Sachera" :) Bo prawo do nazwy i oryginalnego wypieku ma do dziś tylko restauracja ekskluzywnego, wiedeńskiego Hotelu Sacher. Receptura, stworzona w XIX wieku przez Franza Sachera jest jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic hotelu i chociaż kawałek czekoladowego tortu, przełożonego konfiturą molerową można zjeść w całej Austrii i nie tylko, to smak wypieku, który zachwycił kiedyś świtę księcia Metternicha gwarantuje tylko opieczętowany wyrób cukierników Sachera. Nie miałam jeszcze okazji spróbowania tego jedynego, słusznego tortu Sachera, ale jadłam (mam nadzieję) jedną z najbliższych jego interpretacji w jednej z restauracji w austriackim Grazu. Wówczas "król deserów" nie rzucił mnie na kolana. Być może moje wyobrażenia i oczekiwania co do tego słynnego ciasta poszybowały za wysoko, ale torcik wydał mi się wówczas zbyt suchy i zbyt mało czekoladowy. Ot zwykły czekoladowy deser, ale szału nie było ;) Mimo lekkiego rozczarowania, wiedziałam że prędzej czy później upiekę w domu mojego własnego Sachera i wtedy jeszcze raz skonfrontuję smaki.

W książkach kucharskich i sieci krąży wiele przepisów na tort Sachera - z większą lub mniejszą zawartością czekolady i mąki, z proszkiem do pieczenia lub bez, z "czystą" polewą czekoladową lub specjalną kuwerturą. Skoro każdy z przepisów jest tylko interpretacją oryginału, trudno zdecydować się na jeden najlepszy. Mnie przekonał ten, na który natknęłam się w książce "German Baking Today" wydawnictwa Dr Oetker. A to dlatego, że mąka została zastąpiona tam bułką tartą i dzięki temu ciasto wychodzi wilgotniejsze i bardziej czekoladowe w smaku. I jeszcze jedna zaleta - brak mąki = zerowe ryzyko zakalca ;) Zdaję sobie sprawę, że ta wersja oddala się jeszcze bardziej od oryginału, ale co tam, skoro jest pyszna! :) A po kawałek prawdziwego Sachera i tak trzeba pofatygować się do Wiednia ;)



Tort Sachera:

ciasto -
150 g ciemnej czekolady,
6 białek,
4 żółtka,
150 g miękkiego masla,
150 g cukru,
1 łyżka cukru z prawdziwą wanilią,
100 g bułki tartej

nadzienie -
125 g konfitury morelowej

polewa -
200 g ciemnej czekolady,
1 łyżka masła,
2-3 łyżki mleka

Czekoladę na ciasto rozpuścić w kąpieli wodnej. Białka ubić na sztywną pianę.

Masło utrzeć na puszystą masę. Stopniowo dodawać cukier i cukier waniliowy, cały czas ucierając aż składniki się połączą. Przestawiając mikser na najwyższe obroty dodawać po jednym żółtku. Na koniec wmieszać czekoladę i bułkę tartą i masę delikatnie połączyć z pianą z białek. Przełożyć do nasmarowanej masłem i obsypanej bułką tartą małej tortownicy (średnica ok. 22-23 cm) i piec około 50 minut w temperaturze 180 stopni.
Upieczone ciasto wyjąć z formy i wystudzić.

Konfiturę morelową zmiksować (jeżeli zawiera dość duże kawałki owoców) i połowę rozsmarować na przekrojonym na pół cieście. Drugą połową konfitury pokryć wierzch i boki.

Czekoladę na polewę rozpuścić w kąpieli wodnej. Dodać masło i mleko i wymieszać, aż składniki się połączą. Rozsmarować na wierzchu i bokach tortu.

Najlepiej smakuje z bitą śmietaną lub w towarzystwie kawy po wiedeńsku :)




wtorek, 17 listopada 2009

Powrót do przeszłości



Był kiedyś w Galerii Potraw wspaniały wątek pod tytułem „Zabawne i nostalgiczne przedmioty w naszej kuchni”. Użytkownicy zamieszczali zdjęcia naczyń, sprzętów lub akcesoriów kuchennych, które lata swojej świetności dawno miały za sobą, często nie grzeszyły urodą, o praktycznej ich stronie nie wspominając, ale których za żadne skarby świata nie oddaliby ani tym bardziej nie wyrzucili. Bo w większości przypadków były to prawdziwe rodzinne skarby :) Pamiętam, ile radości i wzruszeń dostarczało oglądanie i czytanie kolejnych wpisów, kiedy okazało się, że większość z nas w dzieciństwie piła z takich samych kubeczków (ewentualnie różniących się zdobiącym je obrazkiem) i jadła z podobnych talerzyków, a pół Polski posługiwało się takimi samymi sztućcami – słynną serią z konwalijkami, której pojedyncze sztuki trzymane są z należytym szacunkiem jako pamiątka z domu rodzinnego w kuchennych szufladach :) Był nawet plan skompletowania całej serii przez szczęśliwych posiadaczy poszczególnych elementów, ale nie wiem czy doszedł do skutku :D

Jak wspomniałam, większość z tych przedmiotów miała wartość raczej sentymentalną niż praktyczną, ale założę się, że większość z Was wśród swoich kuchennych skarbów ma takie wiekowe sprzęty, które służą do dziś. I chociaż od dawna żadne sklepy AGD nie mają ich w swoim asortymencie i chociaż technika biegnie do przodu z prędkością światła (i pewnie niedługo obiad z deserem przygotuje nam nasz telefon komórkowy ;)), to jednak nie wymyślono nic lepszego, co zastąpiłoby te relikty przeszłości.

Jednym z takich sprzętów jest w moich domu czeski garnek do wyrobu szynki (dosłownie ;)), znany też pod nazwą szynkowaru. Nie błyszczy, nie wygląda cool ani trendy, ale w dobie plastikowych wędlin sklepowych, które niezależnie od rodzaju smakują tak samo, niezależnie od rodzaju po dwóch dniach wyglądają i smakują tak, że nawet kot odwraca się od nich z odrazą, garnek jest prawdziwym zbawieniem :) Składa się z pojemnika z grubego aluminium, sprężyny i zakręcanego dekielka. I cała jego filozofia polega na ugotowaniu mięsa ściśle zapakowanego w tymże pojemniku, wstawionym w większy garnek z wodą. Szynka, karkówka, schab, zamarynowane na różne sposoby, rolady a nawet mielonki własnej roboty, soczyste i pachnące tak, jak pachnieć powinny, produkuje nam regularnie garnek z wciąż dołączonym do niego dowodem zakupu (i zestawem czeskich przepisów na marynowaną szynkę :)), z pieczątką z datą 21.IV.1991 :)



Innym cennym sprzętem, który też swego czasu święcił tryumfy w GP jest patelnia do orzeszków :) Wynalazek tym razem produkcji radzieckiej, kiedyś powszechnie dostępny na lokalnych bazarkach lub na rynku u naszych wschodnich sąsiadów.



Cieszę się, że przetrwała u mnie do dzisiaj, bo po fali świetności, tak w okolicach mojej podstawówki (ach ileż to przyjęć urodzinowych i szkolnych zabaw osłodzonych było „orzeszkami” z kremowym nadzieniem! :)), patelnia przepadła na długie lata, zapomniana gdzieś w mrocznych zakamarkach piwnicy. Na szczęście odnalazła się i na dodatek jej wartość wzrosła niebotycznie, kiedy okazało się, że teraz jest towarem deficytowym ;) Kto miał okazję spróbować kiedyś kruchego orzeszka ze słodką niespodzianką w środku na pewno zgodzi się ze mną, że posiadacze patelni są prawdziwymi szczęściarzami ;)

(przepis na orzeszki znajdziecie tutaj)



Wśród moich sentymentalnych przedmiotów w galeryjnym wątku znalazła się też szczególna łyżka :) Łyżka, która właściwie posiada i sentymentalną i praktyczną wartość zarazem :) Stara, (najprawdopodobniej przedwojenna) stalowa łyżka, została wyklepana na kowadełku na płasko, własnoręcznie przez moją babcię, tuż po wojnie, kiedy o sprzęty kuchenne (jak i wszystkie inne sprzęty domowe) było bardzo ciężko. W ten sposób zwykła łyżka stała się łyżką np. do odwracania placków na patelni :) W dzieciństwie zawsze chichotałyśmy z Dziuunią na jej widok :)))) , ale teraz byłabym bardzo nieszczęśliwa, gdyby przepadła gdzieś bez wieści. A poza tym łyżka do dziś świetnie się sprawdza w swojej roli :)






Pewnie nie uwierzycie, bo ja sama w to nie wierzę ;D ale to jest 200 (DWUSETNY!!!) wpis na Every Cake You Bake! Pewnie dlatego zebrało mi się na wspominki ;) Zupełnie nie wiem, kiedy to minęło i w jaki czarodziejski sposób namnożyło się tych wpisów! :) Dziękuję Wam, że jesteście, za wszystkie Wasze komentarze i sugestie. Piszcie śmiało jeżeli coś Wam się tutaj nie podoba, piszcie też jeżeli macie jakieś specjalne życzenia. Mam nadzieję, że nie zabraknie mi zapału i inwencji twórczej na kolejne 200 wpisów :) Pozdrawiam serdecznie. I nie dajcie się grypie!!!



piątek, 13 listopada 2009

Lody marcepanowe



Odkąd zostałam szczęśliwą posiadaczką maszynki do lodów, jeszcze bardziej polubiłam... szarlotki, jabłeczniki i inne (najlepiej kruche) ciasta z owocami ;)) Jak wiecie, lody same w sobie lubię tak sobie, ale jako dodatek do ciepłej szarlotki lub crumble stały się już prawie moim małym uzależnieniem ;) Kontrast ciepłe-zimne, kwaskowate-słodkie, kruche-kremowe kręci mnie bardzo i okazało się, że świetnie pasuje o każdej porze roku. Pod jednym warunkiem - lody muszą być super kremowe (sorbety i lekkie lody mleczne zostawiamy na lato). Po klasycznych waniliowych i czekoladowych zaczęłam testować inne "zimowe" smaki. Dzisiaj jeden z nich, już ze świąteczną nutą (nie wiem jak dla Was, ale mnie marcepan kojarzy się baardzo gwiazdkowo :)) - marcepanowe.

Pomysł na smak znalazłam u mistrzyni i właścicielki bloga Cannelle et Vanille w jednym - niezastąpionej Aran. Trochę zmieniłam proporcje, dopasowując je do gabarytów mojej maszynki a efekt końcowy był zachwycający. Lody bardzo kremowe i bardzo marcepanowe - naprawdę wspaniałe!

I chociaż kręcąc marcepanowo-śmietanową masę nie miałam takiego zamiaru ;) ale przyszło mi do głowy, że skoro marcepan to przecież migdały i cukier, moje lody (chyba) mogę z czystym sumieniem wydelegować jako propozycję do tegorocznego Orzechowego Tygodnia Eli i Poleczki, co niniejszym czynię :)



Lody marcepanowe:

350 g śmietanki kremowej,
150 g mleka,
szczypta soli,
100 g marcepana pokrojonego w małą kostkę,
4 żółtka,
30 g cukru,
kilka kropel ekstraktu migdałowego

Śmietankę, mleko i sól wymieszać w rondelku i doprowadzić do wrzenia. W międzyczasie posiekać marcepan w malakserze. Odlać 1/3 szklanki gorącego mleka ze śmietaną i wlać do marcepana. Dalej mieszać w malakserze, aż utworzy się jednolita masa, po czym przełożyć ją do rondelka z pozostałym mlekiem i śmietanką. Dalej podgrzewać.

Żółtka lekko utrzeć z cukrem. Dodać parę łyżek śmietankowo-marcepanowej mikstury i całość przelać do rondelka. Podgrzewać mieszając do ok. 84 stopni C (przydaje się do tego termometr kuchenny ;)) aż masa będzie kremowa i będzie oblepiać drewnianą łyżkę, uważając żeby całość nie zagotowała się i nie ścięła. Gorącą masę przecedzić przez sitko, dodać esktrakt migdałowy i ostudzić. Zimną masę przelać do maszynki do lodów i dalej postępować wg instrukcji producenta :)





Chciałam jeszcze tylko przypomnieć o konkursie kulinarnym organizowanym przed jejKuchnię.pl. Na Wasze propozycje konkursowe czekamy jeszcze tylko tydzień -
do 22 listopada. Przewertujcie Wasze rodzinne zeszyty z przepisami, upieczcie lub ugotujcie coś wystrzałowego i podzielcie się dziełem :) Nagrody czekają!




wtorek, 10 listopada 2009

Piróg biłgorajski



Zauważyłam, że kiedy myślę o kuchni polskiej, przede wszystkim mam na myśli kuchnię kresową. Na pewno nie bez powodu, bo jedna z moich babć pochodzi z Wileńszczyzny. Moje dzieciństwo, to placki ziemniaczane, babka ziemniaczana z chrupiącą skórką, najróżniejsze bliny i pierogi, kasza gryczana na sypko, którą uwielbiałam okraszoną jedynie masłem, różowy chłodnik gorącym latem, zagryzany młodymi ziemniaczkami z koperkiem i gorący krupnik zimą. Do dziś wielbię twarogi i wszelki nabiał, a święta Bożego Narodzenia nie istnieją dla mnie bez góry maku na wiele sposobów. Jakkolwiek znana jest mi świetnie kuchnia kresów północno-wschodnich, to bardzo chętnie poznaję i jeżeli mam tylko okazję, próbuję potraw z okolic Lwowa i Lubelszczyzny.

Z pirogiem biłgorajskim zetknęłam się kiedyś, przy okazji małych targów żywności regionalnej. W ramach degustacji miałam okazję spróbować kawałek sytego nadzienia zapieczonego w cieście i dowiedzieć się o jego recepturę. Bardzo mi smakowało i obiecałam sobie, że sama kiedyś upiekę piroga z kaszy gryczanej, ziemniaków i twarogu :) A skoro w tym tygodniu za sprawą Ireny i Andrzeja oraz serwisu zPierwszegoTloczenia.pl Gotujemy po polsku!, nie było lepszej okazji! :)



Przyznam się, że trochę obawiałam się, czy podołam ;) W końcu w 2005 roku piróg biłgorajski został wpisany na zaszczytną Listę Produktów Tradycyjnych i głupio byłoby go sknocić ;) Na Lubelszczyźnie piróg od wieków był wypiekiem świątecznym, serwowanym przy okazji uroczystych przyjęć i spotkań rodzinnych. Nazywany też biłgorajskim tortem, często był bogato dekorowany na wierzchu i zajmował centralne miejsce na stole. Piróg wypiekany jest najczęściej w prostokątnej blaszce, z nadzieniem otulonym krucho-drożdżowym ciastem, ale spotykany jest również w postaci samego, zapieczonego nadzienia, bez ciasta i wówczas nazywany jest "łysym". Ja zdecydowałam się na pełną wersję z ciastem :)

Wykonanie piróga okazało sie bardzo przyjemne i bezproblemowe i po około dwóch godzinach wyjechał z pieca piękny, rumiany placek. Ale żeby utwierdzić się w sukcesie, część ciasta zaniosłam sąsiadowi :) Sąsiad, który urodził się i spędził dzieciństwo na Lubelszczyźnie, wydał mi się najlepszym ekspertem do oceny mojego pierwszego piroga biłgorajskiego :) Na widok placka ucieszył się bardzo, po czym z miejsca pochłonął słuszny kawałek, popijając maślanką. Mój piróg ocenił na piątkę z plusem! :) Przy okazji opowiadał, że w czasach jego młodości piróg wypiekany był z białej kaszy gryczanej (niepalonej), na liściach chrzanu w chlebowych piecach. Nadzienie koniecznie musiało zawierać swieżą miętę i skwarki. Piroga najchętniej jadano z gęstą śmietaną lub po prostu popijając go mlekiem lub maślanką. Rzeczywiście, mnie również najlepiej smakował z kefirem (wolę kefir od maślanki ;)), chociaż w wersji niedzielnego obiadu pysznie wypadł też w śmietanowym, grzybowym sosie. Dla wielbicieli kaszy gryczanej polecam bardzo, dla tych którzy lubią ją trochę mniej też, bo naprawdę warto spróbować :)



Piróg biłgorajski:

ciasto krucho-drożdżowe -
3 szklanki mąki,
200 g masła,
20 g drożdży,
szczypta proszku do pieczenia,
1 łyżeczka cukru,
1/2 lyżeczki soli,
2 łyżki kwaśnej śmietany

nadzienie -
700 g ziemniaków,
500 g kaszy gryczanej,
350 g sera twarogowego,
1 szklanka śmietany,
5 jaj,
ok. 150 g słoniny stopionej na skwarki (w wersji wegetariańskiej tyle samo masła),
garść świeżych liści mięty,
sól, pieprz

Ziemniaki ugotować, odcedzić, zostawiając trochę wody na dnie. Utłuc, wsypać kaszę gryczaną, dodać tłuszcz ze skwarkami i pozostawić na małym ogniu, pod przykryciem, aż kasza napęcznieje i zmięknie (trzeba mieszać od czasu do czasu, żeby nie przywarło do dna). Dodać pokruszony ser, przyprawić solą i pieprzem, wymieszać. Dodać śmietanę, jajka i utłuczoną w moździeżu miętę, wymieszać.

Drożdże rozkruszyć w miseczce, dodać proszek do pieczenia, sól, łyżeczkę cukru, śmietanę, dokładnie wymieszać. Mąkę wysypać na stolnicę, dodać masło, przesiekać je z mąką, dodać śmietanę z drożdżami. Wyrobić gładkie ciasto i podzielić je na pół. Jedną częścią wyłożyć dno i boki wysmarowanej masłem formy. Wyłożyć nadzienie na ciasto, przykryć drugim płatem ciasta. Wierzch posmarować jajkiem i wstawić do pieca na 1 godzinę i 40 minut.

Piroga można podawać na ciepło, prosto z pieca lub odsmażanego na maśle. Najlepiej smakuje z sosem grzybowym, śmietaną lub w towarzystwie szklanki kefiru lub maślanki.




sobota, 7 listopada 2009

Dynia z zacierkami. Na mleku!



O czym marzą emigranci, kiedy wspominają ojczyste smaki i smaki swojego dzieciństwa? Najczęściej marzą o polskim chlebie, kiełbasie, twarogu, śmietanie. Ale okazuje się, że nie tylko :) "A ja mam smak na dynia z zacierkami. Na mleku!" powiada Jaśko Pawlak, który po wielu latach przymusowej emigracji odwiedza brata Kazimierza i ojczyznę. I chociaż jego życzenie wprawia rodzinę w zakłopotanie ("Kaźmierz, dyni nie ma..."), to mus spełnić zachciankę brata, choćby wydobywając nieszczęsną dynię spod ziemi. Na szczęście rozwiąznie jest o wiele prostsze, bo jakaś dynia na pewno znajdzie się u sąsiadów :) Nie będę pytała ile razy oglądaliście komedię Sami Swoi, ale chętnie się dowiem, czy tak jak ja, za każdym razem nie mieliście ochoty spróbować tej słynnej dyni z zacierkami (na mleku!) za którą tak bardzo tęsknił Jaśko? :)

Zacierki na mleku nie są mi obce, bo to również jeden z moich smaków dzieciństwa (nie mogę zdecydować się, czy bardziej lubiłam zacierki czy lane kluseczki :)), ale nigdy nie miałam okazji spróbować ich w połączeniu z dynią. Dlatego świetną okazją ku temu wydała mi się akcja Ireny i Andrzeja pod patronatem serwisu zPierwszegoTloczenia.pl Gotujemy po polsku! Szczególnie, że wciąż jeszcze utylizuję dynie, pozostałe po dyniowym festiwalu ;) Dynia z zacierkami, której ugotowanie zajęło 10 minut (miałam już wcześniej ugotowaną dynię), okazała się prawdziwym przysmakiem! Nawet nie wiem czy należałoby ją zaliczyć bardziej do deserów czy zwykłych-niezwykłych zup mlecznych. Gęsta, kremowa, z odrobiną cukru i aromatem migdałowym. Posypana płatkami migdałowymi i szczyptą cynamonu nie powstydziłaby się roli deseru po wykwintnym obiedzie. W każdym razie ja pochłonęłam dwie miseczki jedna po drugiej, mało elegancko wylizując miseczkę, kiedy w oka mgnieniu znikała jej zawartość. Jutro na pewno też ugotuję dynię z zacierkami, a jeżeli kiedykolwiek przyjdzie mi żyć na emigracji, dołączę ją do moich smaków i wspomnień. A Wy spróbujcie sami, bo ja już wiem, że Dżon Pawlak się nie mylił ;)



Zupa mleczna z dynią:
(na podstawie Kuchni Polskiej)

40 dkg dyni,
szklanka + 2 łyżki wody,
10 dkg mąki,
1 jajko,
1 litr mleka,
cukier, sól,
olejek migdałowy

Dynię pokroić w kostkę, zalać wodą i ugotować. Odcedzić i przetrzeć przez sitko (lub potraktować blenderem).
Zagnieść ciasto z mąki, 2 łyżek wody i jajka, opuszkami palców formując grudki. Mleko zagotować, wrzucić zacierki i gotować do miękkości (zajmuje to chwilkę, jeżeli tak jak ja, lubicie twardsze, mniej rozgotowane zacierki). Dodać dynię, szczyptę soli i cukier do smaku (dodałam około 2 łyżeczek). Chwilę pogotować. Dodać olejek migdałowy. Podawać na ciepło.


źródło: www.dziennik.pl/kultura




środa, 4 listopada 2009

Konkurs! Konkurs!



Drodzy czytelnicy :) Gotuję i piekę tutaj już od jakiegoś czasu i tym razem chciałabym przekazać pałeczkę (tzn. mieszadło, trzepaczkę do piany, wałek do ciasta , mikser, mątewkę...) Wam! :)

Uwielbiacie gotować, piec i eksperymentować w kuchni, tak jak ja? Jeżeli tak, ten konkurs jest dla Was.

Blog kulinarny jejKuchnia ogłasza konkurs na najlepszy przepis w jednej z trzech kategorii. Macie do wyboru następujące kulinarne terytoria:


1. DANIA GŁÓWNE


2. PRZYSTAWKI/PRZEKĄSKI


3. CIASTA/WYPIEKI/DESERY


W jury zasiadają blogerki smacznych blogów:

CIASTA/WYPIEKI/DESERY - będę oceniać ja;
jurorka DANIA GŁÓWNE - Agata prowadząca blogi: Pasta i Basta! i Eksperymentalnie
jurorka PRZYSTAWKI/PRZEKĄSKI - Agata J. prowadząca bloga Kuchnia Agaty

Do wygrania atrakcyjne nagrody ufundowane przez sklep FrankHerbert.pl i firmę Kamis

Więcej szczegółów i regulamin konkursu na jejKuchnia.pl.

Czekam z niecierpliwością na Wasze słodkie propozycje i życzę powodzenia! :)



wtorek, 3 listopada 2009

Paradise Jam ;)



Paradise Jam, Pearl Jam... fajne nazwy dla rockowych bandów ;) Ale nie, nie zamierzam robić konkurencji Eddiemu Vedderowi i spółce i zamiast podbijać światowe sceny, postanowiłam swój Paradise Jam zamknąć w słoiku i w świetle (piwnicznego) reflektora ustawić, w charakterze prawdziwej, tegorocznej gwiazdy na spiżarnej półce :) Pamiętacie pewnie rajską szarlotkę - mój pierwszy eksperyment z rajskimi jabłuszkami w kuchni. Po udanej próbie, zostało mi jeszcze sporo krągłych, karminowych owoców i postanowiłam spożytkować je na dżem. Nie bawiłam się tym razem w żmudne obieranie jabłuszek ze skórki, które to zajęcie najbardziej cierpliwych doprowadziłoby do szewskiej pasji ;) Wykroiłam tylko środki wraz z gniazdkami nasiennymi i w ten sposób kilogram różowych ćwiarteczek (wraz z delikatną skórką) wylądował w garnku. Był to bardzo dobry pomysł, bo skórek ani nie czuć, ani specjalnie nie widać w dżemie, a cennego czasu i jeszcze cenniejszych nerwów zaoszczędziłam sporo ;)

Jabłuszka rajskie nie są specjalnie soczyste, ale za to są cennym źródłem pektyn. Pięknie i szybko żelują dżem i już wiem, że w przyszłym roku na pewno pokuszę się o zrobienie różowej, rajskiej galaretki. Tym razem chciałam uzyskać dżem z nierozgotowanymi do końca kawałkami jabłuszek i udało mi się to poprzez stopniowe dodawanie gotujących się owoców. Kwaskowaty dżem, pachnący cynamonem i goździkami, na chrupiącej bułeczce lub ryżowym waflu jest ostatnio moją ulubioną przekąską. Wspaniały też jako dodatek do naleśników lub słodkich placków. I wciąż nie mogę uwierzyć, że do tej pory tyle dobra marnowało się co roku w ogrodzie - kawałek nieba na wyciągnięcie ręki :)



Dżem z jabłuszek rajskich:

1 kg rajskich jabłuszek, oczyszczonych z gniazd nasiennych,
1 kg cukru,
1 łyżeczka cynamonu,
1/2 łyżeczki mielonych goździków,
sok wyciśnięty z 1/2 cytryny

Jabłuszka podgrzewać w garnku o grubym dnie, aż rozgotują się do porządanej konsystencji. Jeżeli są suche, dolać ok. pół szlanki wody. Dodać cukier i dalej gotować, aż całkowicie się rozpuści. Dodać sok z cytryny, cynamon i goździki. Kiedy dżem zagęści się i zacznie się żelować, gorący przełożyć do wyprażonych słoików, zakręcić i pozostawić do ostygnięcia. Zapasteryzować.