sobota, 27 września 2008

Roladki bakłażanowe




Wierzycie w coś takiego jak blogowa telepatia? :) Tak, to dość naciągana teoria, ale czasami zdarza się, że w tym samym czasie na kilku blogach pojawiają się wpisy z bardzo podobnymi przepisami lub oparte na tym samym składniku. Czasem jest też tak, że od razu znajdujemy dokładnie to, czego szukaliśmy lub nawet jeszcze nie zaczęliśmy szukać, a jedynie o tym pomyśleliśmy. Może jest jednak jakiś tajemniczy przekaz myśli pomiędzy ludźmi o podobnych zainteresowaniach? :) A piszę o tym w związku z moim dzisiejszym wpisem. Ostatnio kupiłam dwa piękne, duże bakłażany o idealnie gładkiej, lśniącej i ciemnofioletowej skórce. Już wracając ze sklepu zastanawiałam się co z nich przyrządzić. Moussakę robiłam całkiem niedawno i tym razem chciałam spróbować czegoś nowego. Miałam zamiar przekopać internet i własne książki kulinarne w poszukiwaniu przepisu, ale nie zdążyłam, bo przeglądając blogi z mojej listy ulubionych, na stronie Meety z What's For Lunch Honey? już uśmiechały się do mnie niezwykle apetycznie wyglądające dolma - roladki bakłażanowe :) Po przestudiowaniu przepisu okazało się, że to właśnie to czego szukałam! Ryżowo-warzywne nadzienie, doprawione greckim serem, zawinięte w podsmażone na oliwie plastry bakłażana i zapieczone z pomidorami, mm... pycha. Grecki ser kefalotyri, nie do zdobycia w moim miasteczku, zastąpiłam fetą, a zwykłe pomidory - gotowymi, krojonymi pomidorami z oliwkami i ziołami z kartonika. Roladki polecam, szczególnie wegetarianom, bo to jedno z tych jarskich dań, dla których również mogłabym zostać wegetarianką ;) Są naprawdę pyszne. Na życzenie zachwyconej rodzinki, jutro będę robić je znowu, ale tym razem spróbuję dodać do nadzienia odrobinę chudego, mielonego mięsa wołowego. Na pewno dam znać, jak smakowały :)



Roladki bakłażanowe:

dwa duże bakłażany,
6 łyżek oliwy z oliwek,
masło

120 g cebuli,
1 duży ząbek czosnku,
100 g ugotowanego ryżu,
200 g papryki,
300 g pomidorów,
70 g sera kefalotyri, pecorino lub fety,
2 łyżki posiekanej pietruszki natki,
sól i ostry pieprz lub chilli w proszku

Bakłażany pokroić wzdłuż na paski ok. 1 cm grubości i ułożyć w naczyniu z osoloną wodą. Cebulę i czosnek posiekać drobno i zeszklić na oleju. Dodać pokrojoną drobno paprykę, pieprz lub chilli i smażyć około 5 minut. Dodać połowę pomidorów i łyżkę pietruszki natki. Ostudzić po czym wymieszać z ryżem i serem i doprawić do smaku.

Bakłażany osuszyć na ręczniku papierowym (zostawić około pół szklanki osolonej wody), rozgrzać oliwę i smażyć z obu stron aż plastry się zarumienią. Naczynie żaroodporne wysmarować masłem. Na każdy plaster bakłażana nakładać nadzienie i zwijać w roladki. Ułożyć je w naczyniu, na wierzch wyłożyć pozostałą część pomidorów i plasterki masła oraz wlać osoloną wodę, tak by mniej więcej zakrywała roladki do połowy. Naczynie owinąć szczelnie folią aluminiową i zapiekać w temperaturze 180 stopni około 20-25 minut. Podawać gorące z chlebem i sosem tzatziki.

wtorek, 23 września 2008

Jesień, jak to tak...




Nie można już narzekać na kiepskie w tym roku, chłodne lato, które zanim się na dobre zaczęło (hmm, właściwie to czy te parę dni względnej, gorącej pogody można nazwać pełnią lata?), już się skończyło. Od wczoraj mamy kalendarzową jesień i narzekać nie wypada. Jest zimno, deszczowo, szaro i mgliście, bo taka jest jesień i już. Pozostaje tylko mieć nadzieję na kilka dni jej złotego i słonecznego oblicza, parę udanych spacerów do lasu (w tym roku mam wyjątkowego pecha co do grzybobrania ;)), może nawet jeszcze jakieś ognisko z pieczonymi w popiele ziemniaczkami? :)

Tak, bez ogniska na pewno się nie obejdzie, bo to przecież pora porządków w ogrodzie. W ciągu najbliższych tygodni trzeba wyzbierać wszystkie warzywa, zanim nadejdą pierwsze przymrozki i zanim pokuszą się na nie inni, mniejści mieszkańcy ogrodu. Na drzewach wiszą jeszcze dorodne w tym roku, jabłka i gruszki, pod których ciężarem dosłownie uginają się gałęzie. Aronia, której nie straszne pierwsze jesienne chłody, również czeka na swoją kolejkę. Zbierzemy je razem, bo aronia z jabłkami tworzy szczególnie dobraną i lubianą przez nas parę w postaci różowej marmolady lub musu do zimowych naleśników i szarlotki. Czekam też na dojrzewające dynie, które cieszyć będą i oczy i podniebienie :)



Tydzień temu byłam, jak zawsze na jesiennych targach rolnych w Starym Polu. Targi, głównie ogrodnicze i pszczelarskie tym razem, połączone były z dożynkami regionalnymi. Okoliczne gminy i duże gosppodarstwa rolne przedstawiały swoje osiągnięcia i wystawiały wieńce dożynkowe wykonane w całości z plonów. Niektóre były bardzo okazałe i pomysłowe i musiały kosztować ich autorów naprawdę sporo pracy. Kompozycje z kłosów i ziaren rozmaitych zbóż, połączone z owocami, warzywami, kwiatami i pieczywem zachwycały symboliką i misternym odtworzeniem szczegółów i form.



W dożynkach jest coś mistycznego i pięknego. Podziękowanie naturze za plony ma głęboki sens, bo każdy z nas wie, że natura jest potężna i kapryśna i nigdy nie możemy być pewni tego czy następnego roku znów obdarzy nas dorodnymi plonami czy też klęską nieurodzaju. Podziękowania należą się też ludziom pracy, którzy pomogli naturze i dzięki którym te plony miały szansę dojrzeć i zostać zebranymi. Cieszę się, że trafiłam na dożynki, bo czasem warto to sobie przypomnieć lub uświadomić.



W zasadzie, to ta jesień wcale nie jest taka zła ;) Zawsze będę wolała gorące lato, ale zapachu świeżego miodu, pieczonych jabłek, kieszeni i torebek pełnych kasztanów, długich wieczorów przy ciepłym kaloryferku, książce, muzyce Stinga i paju jabłkowym nie zamieniłabym na inne miejsce na ziemi, gdzie panuje wieczna spiekota :)

sobota, 20 września 2008

Ciasteczka fistaszkowe




Jednak jest parę dobrych stron jesiennej pogody :) Doszłam do wniosku, że kiedy na dworzu hula wiatr, deszcz, a słupek rtęci na łeb na szyję spada w dół, domowe wypieki nabierają innego znaczenia. Uraczenie świeżoupieczonymi słodkościami domowników, którzy zakatarzeni, opatuleni w kocyki z nieszczęśliwymi minami spoglądają w szare okna, to prawie jak spełnianie marzeń. Juz samo rozgrzanie piecyka w takie dni spotyka się z entuzjazem i skutecznie poprawia humor, a kiedy do tego roznosi się z niego rozkoszny zapach domowego ciasta lub ciasteczek, wszyscy są wniebowzięci :) Jesienią łatwo zostać domową boginią ;)

Dogrzewając mieszkanie i domowników, w jak na razie bardzo nieśmiało rozpoczętym u nas sezonie grzewczym, upiekłam ciasteczka fistaszkowe. Zapisany, a podany wcześniej przez Dziuunię w Galerii Potraw przepis na ciasteczka z masłem orzechowym czekał już długo na swoją kolejkę, a przypomniał mi się przy okazji kupienia niezbyt dobrej jakości masła orzechowego. Nie lubię, kiedy z masła wytrąca się olej i wiem, że w dobrym maśle nie powinien, ale skoro już nacięłam się na takie, musiałam je jakoś zutylizować. Ciasteczkom to nie przeszkadzało i wyszły wspaniałe! W oryginalnym przepisie dodaje się do nich również kawałki czekolady, ale wydaje mi się, że z czekoladą byłyby za słodkie. Ja chciałam uzyskać bardzo orzechowe i bardzo kruche ciastka, więc zamiast czekolady dodałam prażone, posiekane fistaszki. Zapach obłędny, smak również :)



Ciasteczka fistaszkowe:

1 1/4 szklanki mąki,
1/2 łyżeczki sody,
1/4 łyżeczki soli,
113 g masła miękkiego,
1/2 szklanki cukru demerara,
1/2 szklanki gładkiego masła fistaszkowego,
1 duże jajko,
ok. 100 g prażonych i posiekanych drobno orzeszków ziemnych

Nagrzać piekarnik do 190 stopni. Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia lub natłuścić. Suche składniki przesiać do miski. W drugiej misce utrzeć masło z cukrem aż zbieleje, dodać masło orzechowe, a następnie dodać jajko, utrzeć. Dodać suche i dokładnie wymieszać. Dodać orzeszki i wymieszać raz jeszcze. Wykładać dużą łyżką porcje ciasta na blaszkę w odstępach 4-5 cm. Piec ok. 10-12 minut lub aż będą złotobrązowe przy brzegach.

wtorek, 16 września 2008

Doniczkowe chlebki cukiniowo-orzechowe



Całkiem niedawno, podróżując w sieci po blogach kulinarnych świata, odkryłam przepiękny blog - Canelle et Vanille. Autorka bloga - Aran, pochodząca z rodziny kucharzy i cukierników, kontunuując tradycje przodków sama również jest cukiernikiem. Obecnie nie pracuje zawodowo, ponieważ wychowuje synka, a blog jest dla niej pretekstem i mobilizacją do codziennych wypieków i tym samym pozostania w zawodzie i doskonalenia cukierniczego kunsztu. Canelle et Vanille przyciągnęło mnie pięknymi artystycznymi zdjęciami i stylizacjami deserów oraz ciekawymi przepisami, w których znać rękę profesjonalisty. A że lubię uczyć się od najlepszych, na pewno zostanę pilną uczennicą Aran i będę z uwagą śledzić jej kolejne wpisy. Zaczynam od przepisu, który ujął mnie zarówno formą jak i treścią :) Zawsze chciałam upiec coś w doniczkach! :) Pieczenie w tradycyjnych foremkach, do tego przeznaczonych jest na dłuższą metę nudne ;) a że w kuchni i w pieczeniu chodzi o zabawę, przyjemność i fantazję, takie urozmaicenie jest bardziej niż pożądane :) Chcecie zaskoczyć i rozbawić rodzinkę, przyjaciół, koleżanki z pracy? - obdarujcie ich doniczką z pachnącym cynamonem i orzechami, wilgotnym i pulchnym chlebkiem cukiniowym! Efekt murowany :) Doniczki z jadalnym wsadem są też fajną ozdobą stołu i przy okazji pieczenia chlebków, już teraz wpadł mi do głowy pomysł na doniczkowe drożdżowe, ozdobione zielonym bukszpanem na następny wielkanocny stół :) Dodam jeszcze, że gliniane, nieemaliowane doniczki kupiłam w sklepie ogrodniczym. Na podane w przepisie proporcje potrzeba trzech średniej wielkości doniczek.



Doniczkowe chlebki cukiniowo-orzechowe:

270 g mąki,
1/2 łyżeczki sody,
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
1 łyżeczka cynamonu,
1/2 łyżeczki soli,
2 jajka,
1/2 szklanki + 2 łyżki oleju słonecznikowego,
150 g cukru,
115 g dżemu brzoskwiniowego (nie dodawałam),
skórka otarta z połowy pomarańczy,
285 g startej na tarce o grubych oczkach cukinii,
115 g posiekanych orzechów pekan (dodałam orzechy wloskie),

Ciasto przygotowujemy metodą mufinkową - w jednej misce mieszamy składniki suche - mąkę, sodę, proszek, sól, cynamon; w oddzielnej mokre - jajka rozbite widelcem, olej, dżem (jeżeli dodajecie), skórkę z pomarańczy, cukinię oraz cukier. Składniki mokre dodajemy do suchych, dodajemy orzechy i mieszamy łyżką, aż wszystko się połączy. Doniczki wykładamy papierem do pieczenia, nakładamy ciasto (mniej więcej do 2/3 wysokości doniczki) i pieczemy w temperaturze 200-220 stopni do suchego patyczka (około pół godziny).

sobota, 13 września 2008

Wstążki z cukinią




Zimno!! :( Przeraźliwe zimno osacza mnie od wczoraj i chociaż myślałam/miałam nadzieję, że jeszcze cały wrzesień i być moze październik spędzimy otuleni babim latem, pod słońcem złotej polskiej jesieni, to najwyraźniej to zima w tym roku zamierza być pierwsza na mecie, doganiając jesień (oby jej nie przegoniła!). Tym samym, skończyły mi się pomysły, w jaki sposób przedłużyć lato, ale na przekór temperaturze na zewnątrz, postanowiłam jeszcze podelektować się lekkimi, letnimi daniami, zanim organizm zacznie domagać się zawiesistych zup, sosów, pieczeni i innych kalorycznych i "grzejących" potraw. Makaron z cukinią serwowałam przez całe lato w najróżniejszych postaciach. Dzisiejsze wstążki z cukinią, to chyba najprostsze z możliwych odsłon - połączenie trzech składników - cukini, czosnku i parmezanu. Danie, którego przygotowanie zajmie Wam 20 minut i które natychmiast będziecie chcieli powtórzyć. Dodatkiem do cukiniowego makaronu są chrupiące listki bazyli - moje ostatnie odkrycie (powoli staję się bazyliowym maniakiem ;)). Świeże bazyliowe listki usmażone na oliwie zamieniają się w delikatnego, zielonego "chipsa" o zintensyfikowanym bazyliowym smaku. W dodatku lśniące i prawie przezroczyste listki są bardzo dekoracyjne i świetnie nadają się do garnirowania. Przepis znalazłam w Wielkiej Księdze Kucharskiej - Dania Jarskie.



Wstążki z cukinią:

500 g makaronu wstążki (fettucine lub tagliatelle),
60 g masła,
2 ząbki czosnku,
500 g cukini,
3/4 kubka parmezanu,
oliwa,
kilkanaście świeżych listków bazylii

Makaron ugotować w osolonej wodzie, odcedzić w wrzucić z powrotem do garnka. Na patelni rozgrzać masło. Czosnek posiekać lub rozgnieść i smażyć na maśle około minuty. Dodać cukinię startą na tarce o grubych oczkach i smażyć mieszając aż zmięknie. Makaron wymieszać z cukinią i parmezanem. Na małej patelni rozgrzać trochę oliwy, wrzucić listki bazylii i smażyć około minuty aż będą chrupkie. Wyjąć i odsączyć na papierowym ręczniku. Przybrać nimi makaron.

wtorek, 9 września 2008

Wieniec śliwkowy z serem i kruszonką




Nieprzebrane śliwkowe morze, które zalało nas tego lata, powoli wysycha. Coraz mniej fioletowych owoców na gałęziach i coraz mniej pod drzewkiem. Ale wcale nie narzekamy. Dżemy i powidła przygotowane i starczyłoby ich na co najmniej dwie zimy, słoje z korzennymi śliwkami w occie również już w piwnicy, a szuflada zamrażarki znów załadowana po brzegi wydrylowanymi połówkami soczystych węgierek. Świeżymi śliwkami takze każdy zdążył najeść się już do syta, łącznie z osami, mrówkami i ślimakami, które ucztowały pod śliwą. Tegoroczne śliwkowe szaleństwa uwieńczyłam drożdzówką. Od świeżej, pachnącej i puszystej drożdżówki z owocami i kruszonką z kubkiem mleka, lepsza moze być tylko drożdzówka z serem, owocami i kruszonką :) Przepis znalezłam w Ciastach Domowych starej Mojej Kuchni i tylko troszeczkę zmodyfikowałam ;)

Wieniec śliwkowy z serem i kruszonką:

Ciasto -
375 g mąki,
3/4 torebki suchych drożdży (dałam okolo 30 gram swieżych),
75 g cukru,
2 żółtka,
75 g masła,
około 200 ml mleka
400 g sliwek węgierek

Nadzienie serowe -
250 g zmielonego twarogu,
1 torebka budyniu waniliowego,
2 żółtka,
3 łyżki cukru,
1 opakowanie cukru waniliowego,

Kruszonka -
75 g masła,
75 g mąki,
około 30 g cukru
1 opakowanie cukru waniliowego

Drożdze rozpuścić w niewielkiej ilości ciepłego mleka z łyżeczką cukru, odstawić na chwilę. Mąkę wymieszać z resztą cukru, dodać zaczyn drożdżowy i wlać rozpuszczone masło. Wymieszać i stopniowo dolewać ciepłe mleko. Zagniatać aż ciasto będzie gładkie i lśniące. Ciasto przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, aż podwoi swoją objętość.

Twaróg utrzeć z budyniem, cukrem, cukrem waniliowym i żółtkami na jednolitą masę.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz wyrobić i podzielić na 8- 10 części. Z każdej uformować kulę i ułożyć obok siebie w formie z kominkiem. W środku każdej kuli zrobić wgłębienie i wypełnić je masą serową. Na serze ułożyć wypestkowane śliwki. Składniki na kruszonkę wymieszać i rozetrzeć palcami na grudki. Posypać ciasto. Piec około 35-40 minut w temperaturze 180 stopni.

niedziela, 7 września 2008

Pietruszkowe bonzai :)




Pozwólcie, że jeszcze raz na chwilkę wrócę do Indonezji, bo chciałabym Wam pokazać coś, co mnie tam zaskoczyło i zauroczyło jednocześnie :) Pośród różnych gatunków roślin, formowanych w bardzo popularne w całej Azji mini-drzewka bonzai, wypatrzyłam naszą znajomą pietruszkę! :) Do połowy wkopany w ziemię, pokrytą mchem w ozdobnej drewnianej, wypalanej doniczce, korzeń tworzył ładny, biały "pień", a baldachimowa nać - gęstą koronę :) Wspaniała i jednocześnie praktyczna (bo zawsze można przecież skubnąć trochę natki do zupy ;)) ozdoba do kuchni! Bardzo żałuję, że nie mogłam sobie takiego pietruszkowego bonzai przywieźć, ale myślę, że jest ono do odtworzenia w warunkach domowych :) Z jadalnych drzewek warzywno-ziołowych, znalazłam jeszcze rozmarynowe bonzai (pierwsze po lewej na zdjęciu poniżej) :)

piątek, 5 września 2008

I'm going bananas!




Jeżeli ktoś myśli, że w te wakacje najadłam się bananów do syta na co najmniej parę długich następnych miesięcy, to się grubo myli :) Co prawda tęsknię za tymi prawdziwymi, słonecznymi i fantastycznie smakującymi banankami z Indonezji, które nijak miały się do tych dostępnych w naszym kraju-raju, ale to wcale nie znaczy, że miałabym zrezygnować całkiem z moich ulubionych egoztycznych owoców. Miłość do bananków przejawiałam podobno od wczesnego dzieciństwa i nie zraziły mnie nawet traumatyczne przeżycia związane z zatruciem tymiże (nie od dziś wiadomo, że co za dużo to nie zdrowo, a kiedy człowiek młody to głupi ;)) Dla niektórych banan to "mydło", papka o mdłym zapachu, a dla mnie cudownie aksamitna, kremowa przyjemność o zapachu tropikalnych lasów. Banan, jak każdy owoc, jest zdrowy, ale przyglądając mu się bliżej, okazuje się, że zawdzięczamy mu więcej niż możnaby przypuszczać - mniej więcej tyle ile Rzymianom, czyli prawie nic oprócz... ;) Oprócz tego, że banan jest smaczny, między innymi zapewnia dobre samopoczucie i pomaga walczyć z depresją, bo posiada tryptofan - aminokswas, który przekształca się w hormon szczęścia - serotoninę. To samo dotyczny witaminy B6, która reguluje poziom glukozy we krwi. Bogaty w żelazo, stymuluje produkcję hemoglobiny we krwi i zapobiega anemii, z kolei wyjątkowo wysoki poziom potasu w bananowym miąższu, obniża ciśnienie krwi, zapobiegając wylewom. Pomaga też w ochudzaniu dzięki zawartości błonnika oraz jest szczególnie przyjaznym owocem w tzw. chorobach dnia następnego ;) Mleczno-bananowy koktail osłodzony miodem skutecznie uspokaja brzuszek i głowę po nocnym imprezowaniu :) I jak tu go nie lubić? :) Jeszcze jedna zaleta - banana można przyrządzić na tysiąc różnych sposób, jako dodatek lub pierwszoplanową gwiazdę. Zamierzam wypróbować wszystkie bananowe przepisy, które wpadną mi w ręce, a juz dziś zapraszam Was na małą bananową ucztę.



Lassi bananowo-bazyliowe



Mój ulubiony letni koktail. Mleko/jogurt i banany to chyba najlepsze znane mi połączenie. Mleko nadaje bananowemu miąższowi jeszcze większej aksamitości. Świeża bazylia i cymanon - intrygujący ziołowo-korzenny smak i aromat. A wystarczy tylko wrzucić składniki do blendera i po paru sekundach mamy porcję zdrowia na śniadanie lub kolację. Albo też orzeźwiający napój gdzieś na słonecznej, tropikalnej plaży...



Lassi bananowo-bazyliowe:

1 szklanka jogurtu naturalnego,
1 szklanka mleka,
pół szklanki kostek lodu (w czasie upalów może być cała szklanka :))
35 g cukru,
2 dojrzałe banany,
garść listków swieżej bazylii,
1 łyżeczka cynamonu

Wszystko wrzucamy do blendera i miksujemy. Ozdabiamy listkami bazylii.



Naleśniki z karmelizowanymi bananami



To z kolei wspomnienie z wakacji. Moim ulubionym śniadaniem w Indonezji były naleśniki z karmelizowanymi bananami, polane syropem klonowym, serwowane w malutkim hoteliku w Yogyakarcie. Tamte naleśniki były dosyć grube i zwinięte w rulonik. Ja zrobiłam trochę delikatniejsze, cieńsze, z przepisu M. Roux z niezastąpionych "Jajek", a syrop klonowy zastąpiłam miodem. Dzieło zostało uwieńczone cynamonem :)

Ciasto naleśnikowe -

125 g mąki,
15 g drobnego cukru,
szczypta soli,
2 jajka,
325 ml mleka,
100 ml śmietanki kremówki

Mąkę, cukier i sól wsypujemy do miski. Dodajemy jajka i mieszamy, dolewając mleko i śmietankę. Odstawiamy ciasto na około godzinę. Smażymy na cienkie naleśniki.

Banany obieramy i kroimy w duzą kostkę. Na patelni rozgrzewamy łyżkę masła oraz 3-4 łyżki cukru. Kiedy cukier zacznie się karmelizować, wrzucamy banany i smażymy przez chwilę. Dodajemy dużą szczyptę cynamonu. Gorące banany nakładamy na placki i zwijamy naleśniki. Skrapiamy miodem.



Dla potwierdzenia dobrego wpływu diety bananowej na samopoczucie znalazłam jeszcze jeden argument - już wiem, dlaczego małpy nie mają nigdy dość "małpich figli";))



Fotki zrobione w Sacred Monkey Forest w Ubud na Bali - prawdziwym małpim gaju :)

  © Blogger template 'Morning Drink' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP