niedziela, 29 marca 2009

Węgierski placek ze śliwkami




Są potrawy i ciasta, które należałoby serwować gościom, uprzednio prosząc ich o zamknięcie oczu lub na wzór słynnych restauracji Dans le Noir, zapraszając do zaciemnionego pomieszczenia, aby podczas jedzenia robili użytek tylko i wyłącznie ze swojego zmysłu smaku. Chodzi o te potrawy "mniej wyględne", takie, które w większości przypadków o niebo lepiej smakują niż prezentują się na stole czy talerzu :) Kremowe risotta, majonezowe sałatki, spienione sosy, czy szarobure potrawki - każdy chyba zna chociaż jedno takie danie, które przy pierwszym spotkaniu odstrasza swoim "paciajowatym" wyglądem, ale kiedy jesteśmy na tyle odważni, żeby spróbować, często ujmuje nas smakiem na tyle, że już na zawsze zostaje w naszym rodzinnym menu.

W ramach corocznej wiosennej akcji utylizacji zawartości zamrażalki, postanowiłam upiec węgierski placek ze śliwkami z przepisu ze strony Cooks.com, którego nie zdążyłam wypróbować w sezonie śliwkowym. Upiekłam ciasto rano i kawałek jeszcze ciepłego placka zaniosłam babci. Babcia ucieszyła się bardzo, tyle że była przekonana, że to rodzaj wytrawnego placka/tarty... z kiełbasą ;D Wieczorem odwiedziła mnie przyjaciółka i na widok ciasta orzekła entuzjastycznie - "O, widzę, że upiekłaś coś z kiełbasą!". Z lekko skwaszoną miną wyprowadziłam ją z błędu, że to jednak nie placek kiełbasiany tylko kruche ciasto ze śliwkami ;D W tym wypadku, wciąż z pewną rezerwą, postanowiła spróbować ... i zaraz potem poprosiła o dokładkę :)

Skarmelizowne śliwki na cieniutkim kruchym cieście i polewie śmietanowo-jajecznej rzeczywiście nie wyglądają szczególnie elegancko ani apetycznie, ale doskonale wyważone proporcje ciasta, słodkiej polewy i śliwek pozwalają mi zaliczyć węgierski placek do ulubionych ciast ze śliwkami, zdecydowanie do powtórzenia latem. I pomimo jego lekko wprowadzającego w błąd wyglądu ;) i Wam z czystym sumieniem polecam :)



Węgierski placek ze śliwkami:
(proporcje na malą blachę - jeżeli będziecie piec w blaszce standardowej, trzeba podwoić proporcje)

1 szklanka mąki (dodałam pół na pół pszenną i razową),
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia,
1/4 łyżeczki soli,
1 łyżeczka plus 1 szklanka plus 2 łyżki cukru,
1/3 szklanki (około pół kostki) miękkiego masła, plus 3 łyżki roztopionego,
3 żółtka,
2 1/2 łyżeczki zimej wody,
1 szklanka bułki tartej,
ok. pół kg śliwek, wydrylowanych i przeciętych na połówki,
2 łyżki tłustej śmietany

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, solą i łyżeczką cukru do miski. Dodać masło, 1 żółtko i zimną wodę i szybko zagnieść ciasto. Uformować w kulę i zostawić na okolo godzinę w lodówce.

Schłodzone ciasto rozwałkować i wylepić wysmarowaną masłem i oprószoną bułką tartą blachę. Wierzch posmarować stopionym masłem i posypać resztą bułki tartej. Ułożyć śliwki skórką do dołu i posypać szklanką cukru (jak dla mnie zdecydowanie za dużo, więc użyłam tylko pół szklanki cukru). Pozostałe dwa żółtka ubić ze śmietaną i 2 łyżkami cukru i wylać na śliwki. Piec około 45 minut w piecu nagrzanym do 180 stopni.

czwartek, 26 marca 2009

Kurczak jalfrezi



Bardzo lubię dania jednogarnkowe. Poza oczywistą ich zaletą, w postaci braku sterty garnków i naczyń do mycia, w gotowaniu potrawy, do której stopniowo dodaje się poszczególne składniki, miesza, gotuje, przyprawia i znowu coś dodaje, tak by na koniec wjechała na stół idealna harmonia smaków i zapachów z tego jednego, niepozornego garnuszka, patelni lub woka, jest prawdziwa kuchenna magia. Jedną z takich potraw jest, wywodzący się z Indii kurczak jalfrezi, spotykany tez pod nazwami jalfreji, jalfresi lub jhal fry. Jest to rodzaj pikantnego curry na bazie pomidorów i papryki swieżej lub sproszkowanej. Moja mocno pomidorowa wersja pochodzi z książki Potrawy z Kurczaka z serii Le Cordon Bleu. Do jej przygotowania wystarcza jedna, głęboka patelnia i przyjemna godzinka w kuchni, spędzona wśród unoszących się znad niej rozkosznych, korzennych aromatów ;)



Kurczak jalfrezi:

1 cebula, drobno posiekana lub starta,
2 ząbki czosnku, posiekane,
750 g filetów z udek kurczaka,
3 łyżeczki zmielonej kurkumy,
1 łyżeczka czerwonego proszku chilli,
1 1/2 łyżeczki soli,
500 g posiekanych pomidorów z puszki,
30 g sklarowanego masła lub 2 łyżki oleju,
3 łyżeczki zmielonego kminku,
3 łyżeczki zmielonej kolendry,
2 łyżki tartego swieżego imbiru,
30 g lisci swieżej kolendry (dodalam pietruszkę natkę),
olej do smażenia

Na głębokiej patelni rozgrzać ok. 2 łyzek oleju i na duzym ogniu smazyć przez 2 minuty cebulę i czosnek. Dodać kurczaka, kurkumę, chilli, i sól. Smazyć przez 5-10 min, az mięso zrumieni się na złoto, często odskrobując to, co przywarło do patelni i obracając kawałki kurczaka. Dodać pomidory, przykryć patelnię i dusić na średnim ogniu przez 20 min. Odryć i gotować na małym ogniu jeszcze przez 10 min., aby nadmiar wywaru odparował i sos zgęstniał. Dodać sklarowane masło lub olej, kminek, imbir, mieloną i świezą kolendrę i gotować na małym ogniu przez 5-7 minut. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Mozna podawać z ryżem Basmati lub pieczywem (np. pitą).

sobota, 21 marca 2009

Motylki z cynamonem




I oto mamy wiosnę! :) Planowałam wpis tutaj wczoraj, z okazji pierwszego dnia astronomicznej wiosny i dnia słońca, ogłoszonego przez NASA. Niestety, ani najmniejszej oznaki wiosny, ani promyka słońca nie udało mi się znaleźć we wczorajszy, pochmurny, zimny i ponury piątek, co odebrało mi ochotę na jakąkolwiek aktywność, łącznie z tą blogową. Dzisiaj za to pogoda nie zawiodła - pierwszy dzień kalendarzowej wiosny był taki jak powinien być - słoneczny, radosny, z pierwszymi podmuchami ciepłego powietrza. I choć jeszcze nie pora na porzucenie kozaków i ciepłych kurtek, gdzieś głęboko w szafie, to powiew nowego i lepszego odbiera się juz wszystkimi zmysłami. Za chwileczkę pojawią się pączki na drzewach, zazielenią się soczyście trawniki, zakwitną jabłonie, a sowa, którą podglądam od paru tygodni, tak jak inne ptaki, doczeka się piskląt. Będzie też kolorowo od kwiatów i motyli, na które z dziką radością będę czaić się z obiektywem. To za chwileczkę, a tymczasem motylki, które umilą to oczekiwanie - drożdżowe, maślane i pachnące cymanonem :) Przepis podpatrzyłam na blogu Kitchen Unplugged i chociaż nie udało mi się aż tak ładnie zwinąć ciasta (moje rosło jak szalone!), bułeczki bardzo smakowały i skutecznie kusiły swoim motylkowatym wyglądem :)



Motylki z cynamonem:

7 g suszonych drożdży,
1/2 szklanki ciepłej wody,
4 lyżki stopionego masła,
1/4 szklanki cukru,
2 jajka,
szczytpa soli,
1/2 łyżeczki mielonego kardamonu,
2 1/4 szklanki mąki

nadzienie:
4 łyżki miękkiego masla,
1/4 szklanki cukru wymieszana z 1/2 łyżki cynamonu,

do posmarowania:
1 jajko wymieszane z 1 łyżką mleka,
trochę grubego cukru krysztalu,
płatki migdałowe

Drożdże rozpuścić w cieplej wodzie i odstawić na 5 minut. W misce wymieszać mąkę, rozpuszczone drożdże, stopione masło, sól, jajka i kardamon. Zagnieść ciasto i wyrabiać aż będzie gładkie i nie będzie się kleić do rąk. Miskę z ciastem przykryć i zostawić w lodówce na parę godzin.

Rozwałkować ciasto cienko na prostokąt, posmarować miękkim masłem i posypać mieszanką cukru i cynamonu. Zwinąć w roladę. Podzielić na 12 części, odcinając kawałki po skosie. Każdy z kawałków zwiniętego ciasta nacisnąć na środku rączką drewnianej łyżki lub wałka, tak by brzegi po obu stronach podniosły się do góry (instrukcję obrazkową znajdziecie na blogu Kitchen Unplugged). Bułeczki ułożyć na wyłożonej papierem do pieczenia blasze i zostawić na kilkanaście minut, aby urosły. Posmarować każdą mlekiem wymieszanym z jajkiem, posypać cukrem kryształem i płatkami migdałowymi. Piec w piekarniku nagrzanym do 200 stopni około 8-10 minut, aż motylki zarumienią się.

wtorek, 17 marca 2009

Koniczynki z zieloną herbatą




A Irlandia podobno jest taka zielona,
jak włosy syreny o świcie...


Dzisiaj podobno jest zielona szczególnie :) Nigdy nie byłam w Irlandii, więc tak jak "Kowalski" mogę jedynie przypuszczać i wyobrażać sobie irlandzkie szaleństwa świątecznie w dniu patrona zielonej wyspy - świętego Patryka. Coraz więcej świąt anglosaskich stopniowo przeszczepianych jest na inne kraje Europy i chociaż charakterystycznych obrzędów związanych z dniem świętego Partyka nie zauważamy jeszcze na naszych ulicach, to pewnie jest to tylko kwestia czasu. Osobiście, poza spożywaniem hektolitrów piwa w pubach, przystrajanie otoczenia i siebie samą w zielone, w przededniu wiosny wydaje mi się miłym marcowym akcentem :) Dlatego z tej okazji postanowiłam upiec zielone ciasteczka :) Ciasteczka symboliczne podwójnie, bo oprócz wiosennego koloru mają kształt koniczynki - atrybuta patrona Irlandii, który według legendy na jej przykładzie objaśniał dogmat Trójcy Świętej. Tym samym wypróbowałam również nową foremkę do ciastek i miałam okazję użyć dawno zakupioną matchę :) Przepis na kruche ciastka z zieloną herbatą podpatrzyłam na blogu La Cillegina sulla Torta.

Z okazji dnia św. Patryka pozdrawiam serdecznie szczególnie blogowe koleżanki-emigrantki z zielonej wyspy :)



Koniczynki z zieloną herbatą:

90 g cukru pudru,
140 g masla,
3 żółtka,
1,5 łyżki sproszkowanej zielonej herbaty (Matcha)
220 g mąki,
200 g cukru kryształu

Wymieszać matchę i cukier puder, dodać masło i utrzeć na gładką masę. Dodać przesianą mąkę i połączyć z masłem. Na koniec dodać żółtka i zagnieść gładkie ciasto. Uformować kulę, zawinąć w folię i zostawić na około 30 min. w lodówce. Ciasto rozwałkować do grubości około 0,5 -1 cm i wycinać ciasteczka. Każde ciastko obtoczyć w cukrze krysztale, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piec około 15-20 minut w temperaturze 160 stopni.

sobota, 14 marca 2009

Naleśniki z mięsem



Spośród niezliczonej ilości odmian naleśników, które do tej pory wypróbowałam, najczęściej w moim domu przyrządzane są - na słodko - naleśniki z twarogiem, na słono - naleśniki z mięsem. Naleśniki z mięsem pamiętam już z wczesnego dzieciństwa, bo od zawsze je lubiłam. Chociaż słodkie nadzienie twarożkowe albo dżemowe zawsze wygrywało w mojej dziecięcej kulinarnej liście przebojów, to chrupiąca panierka naleśnika z aksamitną, mieloną wołowiną wewnątrz, czyniła go równie atrakcyjnym dla oka i podniebienia. Dzisiaj naleśniki z mięsem lubię nadal za smak, ale również za możliwość podawania ich na wiele sposobów - i jako oddzielne danie, z ulubioną surówką (najchętniej z białej kapusty) lub z barszczykiem albo też jako dodatek do czystych zup. Mają jeszcze jedną zaletę - naleśniki można przyrządzić wcześniej a tuż przed podaniem wystarczy panierować i smażyć.



Naleśniki z mięsem:

naleśniki -
1-2 jajka,
1,5 szklanki mąki,
1,5 szklanki mleka,
1/2 łyżeczki soli

Mąkę i sól mieszamy, dodajemy jajka i rozrabiamy, dolewając mleko, aż powstanie gładkie ciasto o konsystencji słodkiej śmietany. Odstawiamy na 20 minut. Smażymy naleśniki.

nadzienie -
50 dkg mięsa wołowego,
ok. 2 litry bulionu warzywnego,
1 jajko,
1 czerstwa bułka,
1 cebula,
sól, pieprz

do panierowania -
1 jajko,
bułka tarta

Mięso ugotować w bulionie warzywnym do miękkości, ostudzić. Bułkę namoczyć w wodzie. Ostudzone mięso zmielić wraz z namoczoną, odciśniętą bułką. Cebulę posiekać drobno i zeszklić na oleju. Do zmielonego mięsa dodać cebulę i jajko oraz sól i pieprz do smaku. Wszystko dobrze wymieszać.

Nadzienie nakładać na naleśniki i zwijać. Jajko roztrzepać widelcem, panierować naleśniki obtaczając w bułce tartej. Smażyć na złoto na oleju.


niedziela, 8 marca 2009

Pandanowe ciasto szyfonowe



Kiedy wróciłam z ostatnich wakacji, opowiadałam Wam o zielonych wypiekach i deserach indonezyjskich, które podbiły moje serce :) Za ich oryginalny kolor, a także delikatny, słodkawy smak i zapach odpowiedzialny był pandan. Pandan lub pandanus, a dokładnie wyciąg z jego liści, który w Azji jest znany i tak powszechnie wykorzystywany, jak wanilia w krajach zachodnich. Wystarczy, ze świeże, podłużne, szablowate liście pandanowca o soczystym zielonym kolorze zostaną utłuczone lub zmielone, uzyskany sok staje się naturalnym barwnikiem spożywczym i aromatyczną przyprawą. W południowej Azji, głównie w Tajlandii, Malezji i Indonezji królują zielone, pandanowe desery, ale nie tylko, bo jedną ze sztandarowych potraw tajskich jest kurczak pandanowy, marynowany w mieszance przypraw, mleczka kokosowego i pasty pandanowej, zawijany w liście pandanowca i smażony w głębokim tłuszczu.

Przywiozłam sobie oczywiście gotową pastę pandanową. Długo zabierałam się do zielonych wypieków (wcześniej upiekłam tylko parę zielonych biszkoptów do wprawiających w zdumienie znajomych, zielonych tortów ;)), ale w końcu odważyłam się upiec ciasto, które od dawna zaprzątało mi głowę - pandan chiffon cake, czyli pandanowe ciasto szyfonowe :)



Od razu powiem, ze ciastu daleko do ideału, ale mimo to z pierwszej próby jestem zadowolona :) Po pierwsze nie miałam odpowiedniej formy to tego typu ciasta (potrzebna jest wysoka forma z kominkiem, o średniej wielkości, najlepiej silikonowa lub teflonowa, nieprzywierająca, bo formy do ciasta szyfonowego nie można smarować tłuszczem), więc załadowałam zieloną masę do zwykłej (trochę za dużej) tortownicy z wyjmowanym kominkiem, wskutek czego ciasto wyszło niskie. Po drugie ominęłam jeden ze składników w przepisie - tajemnicze "cream of tartar", czyli winian potasu, odpowiedzialny za utrzymanie sztywności piany z białek, która jest podstawą udanego ciasta szyfonowego. Winian potasu, poza tym ze brzmi groźnie ;) (przyznacie, ze tablica Mendelejewa brzmi jednak przyjaźniej jako "proszek do pieczenia" lub "soda oczyszczona" ;)), jest niedostępny w naszych sklepach spożywczych i trzeba szukać go raczej w aptekach. Dlatego też zamiast tego, użyłam wszystkich znanych mi trików, które mają na celu uzyskanie jak najbardziej sztywnej piany z białek, ze szczyptą soli i odrobiną soku z cytryny na czele. Jednak ciasto, mimo że wyszło bardzo puszyste, trochę opadło po wyjęciu go z pieca i podejrzewam ze właśnie winian potasu mógłby temu zapobiec.

W każdym razie pandanowe ciasto szyfonowe warte jest spróbowania. Struktura biszkoptowa, choć wcale biszkoptem nie jest, bo znaczna jego część to mleczko kokosowe i olej. Wizualnie najbardziej przypomina gąbkę ;) a w smaku - coś pomiędzy biszkoptem a wilgotnym, pusztystym puddingiem. Lekkie jak piórko lub szyfon, no i ten kolor! Idzie wiosna... ;)



Pandanowe ciasto szyfonowe:
wg Diana's Desserts

8 jajek,
1 1/4 szklanki cukru pudru,
3/4 szklanki oleju,
1 łyżeczki wanilii
3/4 szklanki mleczka kokosowego,
2 łyżeczki pasty pandanowej,
1 szklanka mąki,
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki winianu potasu


Żółtka oddzielić od białek. Mleko kokosowe wymieszać z pastą pandanową. Żółtka, cukier puder, wanilię i olej zmiksować na gładką, puszystą masę. Dodać mleko kokosowe z pandanem. Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia i solą. Przesiać jeszcze raz do masy żółtkowej i wymieszać delikatnie drewnianą łyżką. Białka ubić na sztywną pianę, dodając winian potasu. Pianę bardzo delikatnie wymieszać z masą żółtkową. Wlać ciasto do niewysmarowanej formy z kominkiem o średnicy około 23-25 cm i piec około 45 min. w temperaturze 180 stopni, do suchego patyczka. Upieczone ciasto wyjąć z pieca i razem z formą odwrócić do góry dnem na kratce i pozostawić do wystygnięcia. Zupełnie wystygnięte ciasto wyjąć delikatnie z formy i posypać cukrem pudrem.

środa, 4 marca 2009

Zupa ze słodkiej kukurydzy i kurczaka




W czasie zmagania się z grypą, dobra dusza poradziła mi abym przyrządziła sobie rosół z dużą ilością czosnku i imbiru, co pomoże mi uporać się z przeziębieniem. O ile na dalekich antypodach imbirowy rosół nie jest pewnie niczym oryginalnym, dodanie bądź co bądź wciąż egzotycznego korzenia do naszego tradycyjnego, rodzimego wywaru warzywno-kurzęczego byłoby prawie profanacją ;) Na pewno nie odmówię sobie wypróbowania imbirowej wersji rosołu w niedalekiej przyszłości, ale tym razem wybrałam coś innego. Wykorzystanie imbiru jako środka wspomagającego w walce z grypą było bardzo dobrym pomysłem, bo nie raz ratowałam już obolałe gardło imbirową herbatką. A ten niezwykły korzeń ma przecież cały szereg dobroczynnych właściwości, z anyseptycznymi, bakteriobójczymi i przeciwzapalnymi na czele. Każdy wie też z doświadczenia, że imbir silnie rozgrzewa i pobudza krążenie. Przyrządziłam zatem zupę z dużą ilością imbiru, ale tym razem była to wyszperana w Kuchni Chińskiej zupa ze słodkiej kukurydzy i kurczaka. Pyszna, aromatyczna, błyskawiczna i baaardzo rozgrzewająca :)



Zupa ze słodkiej kukurydzy i kurczaka:

foodelek: przepisy tygodnia
150 g słodkiej kukurydzy z puszki,
700 ml rosołu z kurczaka,
2 średniej wielkości piersi z kurczaka,
12 kolb mini-kukurydzek,
2,5 cm kawałek korzenia imbiru,
2 łyżki sosu sojowego,
kilka kropel sosu chilli,
sól i świeżo mielony czarny pieprz do smaku

Piersi z kurczaka ugotować do miękkości w rosole. Kukurydzę zmiksować razem z 100 ml rosołu. Przesiać i przecisnąć puree z kukurydzy przez sitko (darowałam sobie tę czynność i dodałam zmiksowaną kukurydzę w całości). Kurczaka wyjąć z rosołu i pokroić na małe plasterki. Do garnka z rosołem wrzucić z powrotem kurczaka, dodać kukurydzę i małe kolby kukurydziane. Wymieszać, przykryć i dusić przez około 15 min. Dodać posiekany imbir i sos sojowy i gotować następne 10 min. Na koniec dodać sos chilli oraz doprawić solą i pieprzem do smaku.

niedziela, 1 marca 2009

Placki owsiane z malinami



Sezon grypowy w pełni - dopadło i mnie :/ Chwilowa wirusowa choroba ma swoje dobre i złe strony. Dobre, to szereg przeczytanych książek i pism - tych wcześniej zaczętych, nieskończonych i odłożonych z braku czasu, parę obejrzanych filmów DVD, uprzednio czekających w kolejce z tego samego powodu, co książki oraz powylegiwanie się w łóżku bez wyrzutów sumienia ;) Złe - to oprócz pakietu objawów chorobowych, osłabione zmysły smaku i węchu i w związku z tym niechęć do kucharzenia i smakowania. Na szczęście doszłam już do siebie na tyle, że wizja stania przy patelni nie wywołuje dreszczy i chęci natychmiastowego zakopania się pod kocem i nieśmiało zaczęłam od lekkiego dania - słodkich placuszków owsianych. Przepis znalazłam na blogu A Whisk and a Spoon i od razu zaintrygował mnie i zmusił do natychmiastowego wypróbowania. Dodatek płatków owsianych do ciasta plackowego to dla mnie nowość, ale intuicja podpowiedziała mi, ze musi to być strzał w dziesiątkę i nie myliła się! Placki owsiane na maślance są doprawdy przepyszne! Puszyste i mięciutkie, nawet na drugi dzień i na zimno nie tracą wiele. Popijając ostatnio nieustannie herbatę z malinami, tak jak autorka przepisu, postanowiłam podać placki z sosem malinowym ku pokrzepieniu się w chorobie, ale równie dobrze będą smakować z syropem klonowym, dowolną konfiturą czy osłodzoną śmietanką.



Placki owsiane z malinami:

1,5 szklanki płatków owsianych,
1 szklanka maślanki,
1,5 szklanki mąki,
1/4 szklanki cukru,
4 jajka,
1,5 szklanki mleka,
1 łyżeczka cukru waniliowego,
1 łyżeczka sody,
1 łyżeczka proszku do pieczenia,
1/2 łyżeczki soli,
szklanka malin (świeżych lub mrożonych)

Płatki owsiane wymieszać z maślanką i odstawić na 15-20 minut aby napęczniały. Wymieszać mąkę, cukier, sól, proszek do pieczenia i sodę. Jajka zmiksować z mlekiem na gładką masę. Dodać mąkę oraz płatki owsiane w maślanką. Zmiksować wszystko. Ciasto powinno mieć konsystencję gęstej śmietany. Smażyć na odrobinie oleju.

Maliny podgrzewać w rondelku, aż zaczną puszczać sok. Dodać cukier do smaku. Gorącym sosem polewać placki.


  © Blogger template 'Morning Drink' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP