wtorek, 31 sierpnia 2010

Dżem bananowo-czekoladowy z kardamonem



Witajcie po krótkiej wakacyjnej przerwie :) Wróciłam już z mojej wschodniej wyprawy, ale zanim opowiem Wam o Litwie i jej specjałach (i uporządkuję tony zdjęć ;)), usiądźcie wygodnie z kubkiem kawy lub herbaty i ulubionym pieczywem, grubo posmarowanym bananowo-czekoladowym dżemem :)

Jako "bananoholiczka", banany w kuchni mam prawie zawsze, a latem nawet częściej niż kiedy indziej, co pewnie ma związek z dużą zawartością w nich potasu, wypacanego przez nas organizm intensywniej w czasie upałów. Dlatego banany smakują latem jeszcze lepiej niż zwykle i są stałą częścią mojego drugiego śniadania. Często też zdarza mi się przecenić swoje możliwości i zanim zdążę nacieszyć się smakiem, część hurtowego zakupionych bananów zmienia kolor z jasnożółtego na pomarańczowy, gęsto nakrapiany brązowymi plamkami, a miąższ z delikatnego i orzeźwiającego - na przeraźliwie słodki. Ostatnio znalazłam świetny sposób na takie przedojrzałe banany, dzięki przepisowi z blogu Baking Obsession - dżem-krem do smarowania pieczywa! Bardzo smaczny i bardzo prosty do zrobienia, a przypominający w smaku osławioną Nutellę. Coś dla osób uczulonych na orzechy i oczywiście dla wszystkich wielbicieli bananów :) Z połowy porcji (z dwóch bananów) oryginalnego przepisu wyszedł mi ten oto słoiczek. Powtórzyłam za autorką przepisu, ale nie bardzo pasuje mi określenie "dżem". Może lepiej "bananella"? ;)



Dżem bananowo-czekoladowy z kardamonem:

2 bardzo dojrzałe banany,
1/2 szklanki cukru,
50 g czekolady deserowej (ok. 70%),
1 łyżka soku z cytryny lub pomarańczy,
1/2 łyżeczki kardamonu

Banany pokroić w kawałki i wraz z sokiem, cukrem i kardamonem podgrzać w rondelku i dusić około 5-7 minut. Zestawić z ognia i dodać połamaną na kawałki czekoladę. Mieszać, aż czekolada rozpuści się, po czym zmiksować wszystko blenderem na gładki krem. Przełożyć do słoika lub innego naczynia z pokrywką i zostawić do ostygnięcia. Można przechowywać w lodówce do trzech tygodni.




piątek, 20 sierpnia 2010

Pizza z cukinią, mozzarellą i pikantną salami



Ostatnio zastanawiałam się nad fenomenem pizzy. Co takiego jest w cienkim placku drożdżowego, chlebowego ciasta i zapieczonych na nim pomidorów, sera i najróżniejszych innych produktów, których rodzaj może ograniczyć chyba tylko ludzka fantazja, że zrobił taką karierę na całym świecie i wciąż cieszy się niesłabnącą popularnością pod każdym równoleżnikiem? Mimo, że jej pierwowzór pochodzi z Włoch, to zdążyło powstać mnóstwo regionalnych odmian pizzy, charakterystycznych dla danej części świata, w myśl zasady "co kraj, to obyczaj". Od razu przychodzi mi na myśl pizza amerykańska, na grubym cieście, pokryta równie grubą warstwą nadzienia, czy podłużna w kształcie turecka pide, na której Turcy, oprócz tradycyjnego nadzienia lubią posadzić jajo :) Jednym z warunków powodzenia pizzy jest pewnie ta nieograniczona możliwość modyfikacji i kombinacji smaków. Nie znam nikogo, kto nie lubiłby pizzy, ale dobrze wiem, który z moich przyjaciół za nic nie ruszyłby pizzy z takimi i takimi składnikami, a którą kombinację smaków mogę uznać za "bezpieczną" dla całej paczki :) Właśnie - pizza kojarzy mi się również z przyjaciółmi i fajnym spędzaniem czasu. Już sam jej kształt i sposób podawania skłania do dzielenia się i spożywania w dobrym towarzystwie i najlepiej wspominam właśnie te spotkania, prywatki i imprezy, których częścią było wspólne pieczenie pizzy. Bo pizza nie wymaga blichtru i eleganckiej oprawy (też macie wrażenie, że zupełnie inaczej ma się rzecz np. z francuską tartą? :)) - można ją zjeść prosto z kartonowego pudełka lub z ręki, przed telewizorem, na łonie natury lub przy okraszonych śmiechem pogaduchach. Wymagana jedynie luźna atmosfera i doborowe towarzystwo :) Bez dwóch zdań najlepsza, oprócz oryginalnej włoskiej, jest pizza upieczona samodzielnie, dlatego jeszcze raz wybrałam się z Jamie'm na wyprawę do Włoch po jeden z przepisów na pizzę na cieniutkim, chrupiącym cieście, z salami i z królową lata - cukinią.



Pizza z cukinią, mozzarellą i pikantną salami:

proste ciasto na spód -

400 g pszennej mąki chlebowej,
100 g semoliny,
1 łyżeczka soli morskiej,
7 g suszonych drożdży,
1 łyżeczka cukru,
ok. 325 ml letniej wody

sos pomidorowy -

400 g dojrzałych pomidorów (mogą być z puszki),
1 ząbek czosnku,
1 łyżeczka octu balsamicznego,
1 łyżeczka suszonego oregano,
pęczek świeżej bazylii,
sól i świeżo zmielony pieprz

nadzienie -

1 średnia lub 2-3 małe cukinie,
10-20 plastrów pikantnej salami,
kula mozzarelli,
pęczek świeżej bazylii,
sól morska,
świeżo zmielony czarny pieprz

Mąkę wymieszać z solą. Drożdże i cukier wymieszać w letniej wodzie do rozpuszczenia. Powoli wlewać do dołka w mące, mieszając lekko widelcem. Oprószonymi w mące rękoma uformować kulę i wyrabiać ciasto około 10 minut, aż będzie gładkie i lśniące. Przełożyć ciasto do miski, przykryć ściereczką lub folią i zostawić na 15 minut.
Ciasto ponownie wyrobić, podzielić (z tej proporcji ciasta wyszły mi 2 duże pizze). Blat lub stolnicę posypać semoliną (może być też zwykła mąka pszenna) i rozwałkować cienko okrągłe placki (na ok. 1/2 cm grubości). Spody posypać semoliną lub mąką i przykryć posmarowaną oliwą folią przezroczystą. Spody najlepiej przygotować i rozwałkować około 30 minut przed pieczeniem.

Przygotować sos pomidorowy (można przygotować go nawet dzień wcześniej, np. wieczorem i przechować w lodówce - jest wtedy jeszcze bardziej aromatyczny) - w rondelku rozgrzać trochę oliwy z oliwek, dodać posiekany czosnek. Kiedy czosnek zeszkli się, dodać połowę posiekanej bazylii i pokrojone pomidory. Doprawić do smaku kilkoma szczyptami soli i pieprzem. Dusić kilkanaście minut, aż pomidory rozpadną się. Ostudzić, dodać ocet balsamiczny i pozostałą bazylię.

Rozgrzać piekarnik do 220-230 stopni (jeżeli pieczecie na kamieniu, kamień oczywiście rozgrzewamy również :)).
Na rozwałkowanym spodzie rozsmarować sos pomidorowy. Ułożyć pokrojoną w plastry cukinię i liście bazylii, później plastry salami i mozzarellę. Wierzch skropić oliwą i doprawić solą i pieprzem. Piec około 15 minut, aż pizza będzie chrupiąca i złota.




Na chwilę opuszczam moją kuchnię i ruszam na Wschód, więc wybaczcie ciszę z mojej strony przez co najmniej tydzień. Obiecuję przywieźć ze sobą wspomnienie najlepszych na świecie cepelinów, blinów ziemniaczanych, twarogów, chłodników, ciemnych chlebów na liściach tataraku, wybornych miodów i jedynego w swoim rodzaju kwasu chlebowego oraz tych pagórków leśnych, tych łąk zielonych, szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych; tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem... ;)



poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Niebiański tort z porzeczkami



Koniec tegorocznego przetwórstwa porzeczkowego należało czymś uczcić :) Porzeczki czerwone i czarne, które nie trafiły do słoików i które uzyskały najwyższy stopień dojrzałości i słodyczy, łapiąc promienie słoneczne na krzakach od początku lata, stały się idealnym materiałem na deser. A skoro miało być to uwieńczenie porzeczkowego sezonu, padło na tort, który miałam ochotę wypróbować już od dawna. "Niebiańskim" ochrzcili go cukiernicy Dr Oetkera, od których zaczerpnęłam pomysł. Oddzielnie pieczone blaty z cienkiej warstwy ciasta ucieranego, pokrytego warstewką bezy z cynamonowo-migdałową posypką, przekładane bitą śmietaną wymieszaną ze świeżymi porzeczkami, to niewątpliwie namiastka nieba dla wszystkich wielbicieli słodkości :) Same blaty można upiec wcześniej, ale najlepiej przekładać je kremem tego samego dnia, w którym tort ma stać się gwiazdą wieczoru (lub podwieczorka ;)) , tak aby bezowa warstewka zachowała swoją delikatność i chrupkość. Porzeczkom mówię już do widzenia za rok, a Was częstuję niebiańskim tortem. A czy naprawdę warty jest nieba, musicie ocenić sami :)



Niebiański tort z porzeczkami:

ciasto -

250 g masła,
180 g cukru,
250 g mąki,
1 łyżka cukru waniliowego,
1 szczypta soli,
5 żółtek,
2 łyżeczki proszku do pieczenia

warstwa bezowa -

5 białek,
6 łyżek cukru,
1/2 łyżeczki cynamonu,
100 g płatków migdałowych

krem -

500 g porzeczek (czerwonych lub czerwonych i czarnych),
100 g cukru pudru,
500 ml śmietanki kremowej (30%)

Miękkie masło utrzeć na puszysty, biały krem. Stopniowo dodawać cukier, cukier waniliowy i sól, ciągle ucierając. Nie przestając ucierać, dodawać żółtka - wrzucając po jednym i miksując masę na najwyższych obrotach co najmniej minutę. Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i przesiać do masy, delikatnie mieszając.

Białka utrzeć na sztywną pianę, dodając pod koniec ubijania 2 łyżki cukru. Pozostały cukier wymieszać z cynamonem i płatkami migdałowymi.

Tortownicę (o średnicy ok. 24 cm) wyłożyć pergaminem i rozsmarować na dnie 2 czubate łyżki ciasta. Na ciasto wyłożyć 1/4 część ubitej piany z białek i dokładnie rozsmarować. Pianę posypać 2 łyżkami cynamonowego cukru z migdałami.
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Wstawić tortownicę na 20 minut, aż blat lekko się zarumieni.
W taki sam sposób upiec pozostałe 3 blaty (najlepiej piec na dwie tortownice tej samej wielkości - znacznie skraca czas koczowania przy piekarniku ;))

Schłodzoną śmietankę kremową ubić z cukrem pudrem na gęsty krem. Porzeczki umyć, dobrze odsączyć i delikatnie wymieszać z bitą śmietaną. Kremem przełożyć ostudzone blaty ciasta.
Schłodzić przed podaniem.




czwartek, 12 sierpnia 2010

Kulki papierówkowe w syropie



Mamy w ogrodzie papierówkę. Duże, rozłożyste drzewo, zupełnie nie przypominające dzisiejszych modnych, miniaturowych jabłoni, których owoce zbiera się bez wysiłku, stojąc na ziemi i ledwo mieszcząc się pod koroną, jest niemal członkiem rodziny. Posadził je mój dziadek, który osiedlił się tu z rodziną tuż po wojnie. Papierówka była więc świadkiem wszystkich ważnych i tych mniej ważnych wydarzeń rodzinnych - narodzin mojej mamy i jej rodzeństwa, a później moich i mojego kuzynostwa. Cierpliwie znosiła nasze dziecięce "łażenie" po jej konarach i użyczała ich, wraz z rosnącą w sąsiedztwie szarą renetą, do zamocowania hamaku, w którym odpoczywaliśmy i bawiliśmy się w czasie wakacji. Była też niemą obserwatorką zmiany naszych gustów na przestrzeni lat, bo jako dzieci ze smakiem zajadaliśmy te najbardziej zielone, niedojrzałe i przeraźliwie kwaśne jabłka, a dziś czekamy cierpliwie na duże, pozłocone od słońca i słodkie owoce. Papierówkę darzymy szczególnym sentymentem, bo nic tak nie smakuje, jak pierwsze w roku, zerwane prosto z drzewa jabłko. Tego lata nasza "staruszka" znowu nie zawiodła, obdarowując nas pięknymi złotymi jabłkami, więc od początku tygodnia uwijam się z ich przerabianiem :) Po raz kolejny na początku lata zajrzałam do niezawodnej pani Ćwierczakiewiczowej i już wiedziałam w jakiej formie przechowam papierówki w tym roku :) Konfitura jabłkowa w postaci małych, ślicznych kulek w złotym syropie? Genialne! :) Co więcej - kulki z papierówek można przygotować jako konfiturę suchą - obgotowane w syropie i obtoczone w cukrze pudrze "na sitach lub słomie w zupełnie wolnym piecu osuszyć i schować w słojach lub pudełkach blaszanych" :)



Kulki papierówkowe w syropie:

ok. 1,5 kg papierówek (najlepiej średnio dojrzałych i twardych)
lub 1 kg wydrążonych z nich kulek,
1/2 kg cukru,
1 litr wody,
2 cytryny,
goździki, kora cynamonowa (opcjonalnie)

Sok z jednej cytryny wycisnąć do miski napełnionej do połowy zimną wodą.
Papierówki obrać i małą łyżeczką lub okrągłą łyżeczką do oliwek wycinać kulki, odkładając je do wody z cytryną, aby nie pociemniały.

Z litra wody i cukru ugotować syrop (nie powinien być gęsty - wystarczy gotować się będzie przez chwilę). Do syropu wycisnąć sok z jednej cytryny i wymieszać. Do gotującego się na wolnym ogniu syropu włożyć połowę odsączonych z wody kulek i gotować do chwili, aż zaczną robić się przezroczyste (trzeba uważać, żeby jabłka się nie rozgotowały). Wyjąć z syropu łyżką cedzakową i w ten sam sposób ugotować pozostałą część kulek.

Ugotowane kulki papierówkowe układać w słoikach. Można dodać do każdego słoika po 1-2 goździki, kawałek kory cynamonowej i kawałki skórki cytrynowej - wówczas jabłka będą bardziej aromatyczne. Zalać syropem. Ostudzone słoiki pasteryzować ok. 5 minut.



poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Spaghetti z wędzonym łososiem i rukolą



Kiedy czas upływa między zbieraniem owoców i warzyw i pakowaniem ich do słoików (patrz wpis niżej ;)) z przerwą na chodzenie do pracy ;) zaczyna brakować go na wymyślne i czasochłonne obiady. Wówczas najlepiej ratują sytuację makarony. A kiedy jest gorąco, najlepiej takie dania makaronowe, które równocześnie mogą być lekką sałatką, a które mimo tego sycą i dostarczają energii niezbędnej do walki ze słoikami ;) Spaghetti z łososiem, to danie idealne dla tych którzy za wędzonego łososia daliby się pokroić i dla tych którzy lubią go trochę mniej :) W połączeniu z aromatyczną skórką cytrynową, kaparami, ostrą papryczką chili, rukolą i chrupiącą bułką tartą staje się prawdziwym rarytasem. Zdarzało mi się już dorabiać sałatki na poczekaniu, kiedy zachwycona rodzina, uprzednio opróżniwszy swoje talerze do czysta, wołała o jeszcze :) Na szczęście to żaden problem, bo jej przygotowanie zajmuje mniej więcej tyle, ile czas gotowania makaronu. Równie dobrze smakuje z łososiem wędzonym na zimno i tym wędzonym na gorąco, rukolą, roszponką lub innymi ulubionymi sałatami, tak samo jak ze świeżymi liśćmi szpinaku. W każdym przypadku efekt końcowy powoduje błogi uśmiech zadowolenia na twarzach jedzących :)



Spaghetti z wędzonym łososiem i rukolą:
(porcja na 4 osoby)

500 g makaronu spaghetti,
2 ząbki czosnku,
1 świeża papryczka chili lub 1 łyżeczka chili w proszku,
ok. 85 g rukoli (mogą być też świeże liście szpinaku),
skórka otarta z 1 cytryny,
200 g wędzonego łososia,
25 g bułki tartej,
4 łyżeczki kaparów,
125 ml oliwy z oliwek

2 łyżki oliwy podgrzać na patelni. Dodać bułkę tartą i chwilę smażyć, aż bułka zarumieni się i będzie chrupiąca. Odsypać do innego naczynia.

Ugotować makaron al dente w osolonej wodzie. Kiedy makaron będzie się gotował, posiekać czosnek i papryczkę chili. Na patelnię wylać resztę oliwy, dodać czosnek i chili i podgrzewać na wolnym ogniu, uważając żeby nie przypalić czosnku (musi być szklisty ale nie brązowy).

Makaron odcedzić i z powrotem dać do garnka (lub dużego naczynia do serwowania). Dodać skórkę cytrynową, kapary i oliwę z czosnkiem i chili. Dokładnie wymieszać. Na koniec dodać pokrojonego w cienkie paski łososia, umytą rukolę i bułkę tartą i wszystko jeszcze raz delikatnie wymieszać. Podawać z plasterkami pomidora lub ulubioną sałatką pomidorową.



czwartek, 5 sierpnia 2010

Galaretka z czerwonej porzeczki



Lato, wakacje, słodkie lenistwo... Nic podobnego! Praca w kuchni wre niczym w sprawnej manufakturze. Ogórki kiszone, ogórki konserwowe, ogórki sałatkowe, cukinia, papryka, cebula, solanki, zalewy i niekończące się pielgrzymki do piwnicy w celu wymiany słoików świeżo wypełnionych przetworami, na słoiki puste i odwrotnie. O ile robienie ogórków na zimę to średnio przyjemna rutyna, to kilogramy błyszczących, ślicznych, czerwonych porzeczek przerabiam z uśmiechem na ustach :) Jedne z najładniejszych owoców świata, których nie jestem szczególnym amatorem w wersji surowej, ale na które mogłabym patrzeć godzinami. No i te ich prawie magiczne właściwości! Bo jak to - wystarczy cukier, chwila gotowania, żeby zamieniły się w naturalną, piękną galaretkę o koralowej czerwieni? I naprawdę nie potrzeba czarodziejskich zaklęć, bo takie cuda czynią zawarte w porzeczkach, w dużych ilościach pektyny. Galaretka z czerwonych porzeczek jest potem wspaniałym dodatkiem do lodów, budyniów, kremów i ciast. A ja uwielbiam ją też po prostu na chlebie z masłem lub z twarożkiem na słodko.

Kiedy robię przetwory z owoców i warzyw, mam zwyczaj zaglądania do przepisów staropolskich, żeby sprawdzić, jaką metodą robiły je nasze prababki. Lucyna Ćwierczakiewiczowa podaje przynajmniej cztery różne sposoby na wyborne galaretki porzeczkowe. Wersja dla leniwych ;) w której gotuje się porzeczki razem z szypułkami, po czym odcedza się sok, dodaje cukier i zagotowuje pięć razy na dużym ogniu, za każdym razem szumując i zdejmując naczynie z ognia. Innym sposobem można zagotować najpierw cukrowy syrop, do którego wrzuca się później porzeczki, zagotowuje czterokrotnie, na końcu odcedzając płyn przez gazę. Najwyborniejsza galaretka wychodzi podobno poprzez podgrzewanie porzeczek w kąpieli wodnej, dopóki nie puszczą soku. W miarę tworzenia się soku, należy zbierać go łyżką, nie dopuszczając, aby się zagotował. Następnie cukier puder w równej proporcji z ilością porzeczek, karmelizuje się lekko na skropionym wodą naczyniu, dodając powoli sok porzeczkowy i gotując razem nie dłużej niż 10 minut. I jeszcze jedna cenna rada pani Lucyny - "Każda galareta porzeczkowa, tak pierwszym jak i drugim sposobem robiona, będzie daleko smaczniejsza i aromatyczniejsza, gdy się do niej doda na funt porzeczek ćwierć funta malin". Kiedyś spróbuję na pewno tej wersji z karmelem, ale tym razem prostsza i szybsza, bo kolejne pudełko porzeczek czeka już niecierpliwie w lodówce ;)



Galaretka z czerwonej porzeczki:

1,5 kg czerwonych porzeczek (odszypułkowanych),
1 kg cukru,
garść malin (opcjonalnie)

Umyte porzeczki i maliny zasypać cukrem, wymieszać i gotować, aż owoce zaczną się rozpadać. Wtedy odstawić z ognia na kilkanaście minut. Wstawić z powrotem na ogień, zagotować i odstawić, powtarzając czynność trzy razy. Następnie przecedzić gorącą, płynną galaretkę przez gęste sito. Natychmiast porozlewać do wyprażonych słoików, zakręcić i odstawić nakrętką do dołu do wystygnięcia.

Ładnie wygląda galaretka z całymi porzeczkami w środku i zawsze robię kilka takich słoików. Garść porzeczek dodaję do już odcedzonej, gorącej galaretki tuż przed rozlaniem jej do słoików.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Kruszonkowa krajanka z agrestem



To nie przypadek, że to pierwsze ciasto i jakikolwiek wyrób w ogóle z agrestem na moim blogu. Przyznaję się, że z agrestem zawsze było mi nie po drodze, chociaż w naszym ogrodzie niektóre jego krzaczki pamiętają jeszcze czasy przed moim urodzeniem :) Co więcej, od zawsze rosły tam przynajmniej trzy odmiany agrestu - biały (a faktycznie zielony ;)), o twardej, omszałej skórce, czerwony i zielony winny, o cienkiej, gładkiej skórce i bardzo słodkim miąższu. Pamiętam z dzieciństwa marmolady i dżemy z agrestu, pełne małych, charakterystycznych pesteczek, które ładnie wyglądały w słoikach, ale tak sobie smakowały na kanapce. Pamiętam też szklane bańki agrestowego wina, które pracowało, bulgocząc wesoło przez zakręconą szklaną rurkę całe lato, a którego wtedy nie dane mi było spróbować (teraz spróbowałabym bardzo chętnie, ale tradycja jakoś zanikła...) Największą przyjemność sprawiało mi rozgryzanie dojrzałego już mocno agrestu i wysysanie słodkiego miąższu ze środka, odrzucając jednocześnie, kwaśną skórkę. Przyznaję, że robię to czasem do dziś ;), chociaż dobrze wiem, że całe dobro agrestu zawiera się w tej nieszczęsnej skórce. Co roku staram się też zrehabilitować i podejść do tematu agrestu, jak do każdego innego letniego owocu, na który czeka się z utęsknieniem cały rok. Na przykład, od paru lat mam zamiar zrobić galaretkę agrestową, ale szkopuł w tym, że na galaretkę (tak jak zresztą na inne przetwory) potrzebny jest agrest zupełnie zielony i niedojrzały, bo wtedy zawiera najwięcej pektyn, a mnie co roku udaje się skutecznie przegapić ten magiczny moment (który przypada zwykle na początku czerwca) :) Znowu więc nie zrobiłam galaretki, ale postanowiłam przynajmniej coś upiec, szczególnie, że znalazłam bardzo zachęcający przepis. Zapieczenie agrestu w migdałowej kruszonce okazało się bardzo udane i jeżeli tak jak jak, wciąż podchodzicie do niego, jak pies do jeża, to ciasto na pewno zachęci Was do dalszego eksperymentowania :) Z tym jeżem to wcale nie przesadzam - zbieranie agrestu to też prawdziwe wyzwanie - wciąż jeszcze opatruję pozakłuwane długimi kolcami palce, aaauć :/



Kruszonkowa krajanka z agrestem:

250 g zimnego masła,
250 g mąki,
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
125 g mielonych migdałów,
100 g jasnego cukru muscovado,
350 g agrestu,
50 g płatków migdałowych,
cukier puder

Masło posiekać z mąką wymieszaną z proszkiem do pieczenia, mielonymi migdałami i cukrem brązowym, po czym opuszkami palców rozetrzeć składniki, aż utworzą się grudki. Odstawić miskę z kruszonką do lodówki.

Agrest umyć, oczyścić i wymieszać z 1-2 łyżkami cukru pudru. Rozgrzać piekarnik do temperatury 190 stopni.

Foremkę do pieczenia o wymiarach 27 x 18 cm wysmarować masłem lub wyłożyć papierem do pieczenia. 2/3 kruszonki wyłożyć na spód i lekko docisnąć do dna. Ułożyć wymieszany w cukrze agrest. Resztę kruszonki wymieszać z płatkami migdałowymi i wyłożyć na agrest.
Piec około 45 minut. Upieczone i ostudzone ciasto oprószyć cukrem pudrem i pokroić w kwadraty.




  © Blogger template 'Morning Drink' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP