niedziela, 19 września 2010

Aronia do serów i mięsa



Początek jesieni, to czas porządków w ogrodzie. Warzywa i owoce wędrują z grządek, krzaków i drzew do skrzynek i piwnicy, aby schronić się przed zimnem. Kiedy na drzewach zostają tylko jesienne jabłka, na krzakach aronia, a na grządkach pękate dynie i "zimnolubne" warzywa, to znak że prawdziwa jesień już za pasem (niestety). Póki pierwsze dotkliwe chłody nie hulają jeszcze na dobre między drzewami, wybrałam się na zbiory i pierwsza zebrana porcja dojrzałej aronii, właśnie trafiła do słoików :)

Bardzo lubię dodatek owoców do mięsa i serów. Schab faszerowany śliwkami lub morelami, karkówka lub polędwica z owocowym sosem i camembert na gorąco, koniecznie z żurawiną, borówką albo jarzębiną. Świeża żurawina i czerwona borówka jest bardzo trudno dostępna w mojej okolicy, więc zwykle polegałam na gotowych produktach "do mięs i serów". Do czasu, kiedy odkryłam, że aronia, od której uginają się co roku krzaki w ogrodzie, świetnie nadaje się na ulubiony owocowy sos, który mogę zrobić sama w domu. Kwaskowate, lekko cierpkie owoce aronii, zwanej też czarną jarzębiną, utopione w słodkim gruszkowo-jabłkowym sosie o konsystencji rzadkiej galaretki, świetnie współgrają smakiem z serami i mięsem. Nie muszę wspominać nawet o pięknym, karminowym kolorze, którym aronia zabarwia wszystko, co tylko zechce wejść z nią w bliższy kontakt (ręce przede wszystkim ;)) Często wykorzystuję te jej "barwiące" właściwości do podkolorowania np. musu z jabłek. Kilka kulek aronii dodanych do gotujących się jabłek, wystarczy do uzyskania ładnego, różowego koloru do np. różowej szarlotki :) Ale przede wszystkim aronia to samo zdrowie (dziewczyny - naprawdę warto się z nią zaprzyjaźnić, bo ma silne działanie przeciwutleniające, hamując powstawanie wolnych rodników, odpowiedzialnych m.in. za naszą zmorę - zmarszczki :)) więc warto przemycać ją do potraw i przetworów.

Zakręcam ostatnie słoiczki i znikam na dwa tygodnie. Jadę do... a zresztą wszystko opowiem jak wrócę :) Do usłyszenia w październiku!



Aronia do serów i mięsa:

1 kg aronii,
1 kg gruszek*,
1 kg winnych jabłek (użyłam bankroftów)*,
1 kg cukru,
1 szkl. wody

* waga po oczyszczeniu ze skórki, gniazd nasiennych i szypułek

Oczyszczone i umyte owoce aronii zalać wrzątkiem i odstawić na 2 godziny.

W dużym, płaskim garnku przygotować syrop z wody i cukru. Kiedy cukier całkowicie się rozpuści, dodać obrane pokrojone w ósemki gruszki i jabłka. Smażyć na niewielkim ogniu, mieszając od czasu do czasu.
Do zeszklonych owoców dodać odsączoną aronię. Całość doprowadzić do wrzenia i smażyć na niewielkim ogniu 2-3 minuty. Odstawić z ognia.

Na drugi dzień podgrzać owoce i od chwili zagotowania smażyć 20 minut. Aronia jest gotowa, kiedy jabłka i gruszki zupełnie się rozgotują i utworzą czerwoną galaretkę.

Gorące owoce przełożyć do słoików. Dobrze wysmażona aronia nie wymaga pasteryzacji, ale jeżeli nie macie zaufania, można zabezpieczyć słoik z owocami krążkiem celofanu zmoczonym spirytusem lub zapasteryzować słoiki, gotując je 2-3 minuty.

Przepis znalazłam w książce "Ziołowe królestwo".

[wydrukuj przepis]


wtorek, 14 września 2010

Drożdżowe ciasto ze śliwkami



Podobno mamy jeszcze lato, tylko dlaczego tak trudno w to uwierzyć kiedy spojrzy się przez okno? :/ Taka chyba już uroda naszego regionu, że lato równie nagle pojawia się, jak i znika. Trochę smutno i żal, że znów kurtki, szaliki i zakryte buty, że znów trzeba się ścigać ze słońcem, aby zrobić dobre zdjęcie. Zaczęłam też nawet pociągać nosem i to wcale nie z żalu za latem, ale z powodu pierwszego jesiennego (?) przeziębienia. Na pocieszenie upiekłam drożdżowe ze śliwkami - najprostsze na świecie - "postny" jak mawia moja babcia ;) drożdżowy spód z duuużą ilością dojrzałych węgierek, oprószonych cukrem, wymieszanym z cynamonem. Podobny "Zwetschgenkuchen" lub "Pflaumenkuchen" jest tradycyjnym ciastem, którym nasi zachodni sąsiedzi żegnają lato, znanym również w Austrii i Szwajcarii. Chętnie dołączam się do tej tradycji, bo nie ma chyba lepszej kombinacji od puszystej drożdżówki z soczystymi śliwkami. Póki jeszcze królują węgierki, spróbujcie też koniecznie brioszek ze śliwkami i drożdżowego wieńca z serem. A ja tymczasem odkrawam kawałek ciasta i z kubkiem gorącego mleka z miodem wracam pod ciepły koc kurować się z przeziębienia.



Drożdżowe ciasto ze śliwkami:

500 g mąki pszennej,
20 g świeżych drożdży,
4-5 łyżek cukru (ok. 55 g),
60 g masła,
1 szkl. mleka,
1 jajko,
szczypta soli,

ok. 1 kg śliwek węgierek,
4 łyżki cukru,
1 łyżeczka cynamonu

Drożdże pokruszyć i wymieszać z łyżką cukru, mąki i ciepłego mleka. Odstawić na około 20 minut.

Mąkę przesiać do dużej miski lub na stolnicę i zrobić w środku dołek. Masło rozpuścić w mleku.
Do dołka w mące wlać drożdżowy zaczyn. Dodać pozostały cukier, sól, jajko i ciepłe mleko z masłem. Zagnieść ciasto i wyrabiać około 10 minut, aż zrobi się jednolite, gładkie i zacznie odchodzić od rąk. Uformować w kulę, przełożyć do czystej, wysmarowanej oliwą miski, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na około 30-40 minut, aż ciasto podwoi swoją objętość.

W tym czasie umyć śliwki, wypestkować i pokroić na ćwiartki.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz zagnieść i rozwałkować na cienki placek. Ciasto przełożyć do wysmarowanej masłem formy, wyklejając również boki formy (z tej porcji ciasta wyszedł mi placek z blaszki 30 x 22 cm i dwie tartaletki). Na wierzch ułożyć śliwki, lekko dociskając do ciasta. Odstawić na 15 minut.

W tym czasie rozgrzać piekarnik do 180 stopni i piec około 30 minut, aż brzegi ciasta zarumienią się. Cztery łyżki cukru wymieszać z cynamonem i posypać gorące ciasto.





czwartek, 9 września 2010

Lubię średniowieczne jarmarki ;)



W pięknym Wilnie, o którym opowiadałam Wam z ostatnim wpisie, trafiłam tym razem niespodzianie na jarmark średniowieczny odbywający się w sobotę na głównym rynku miasta :) Nie mogłam powstrzymać się przed obfotografowania wszystkich kramów i pokazaniem ich Wam :) Można było obejrzeć stroje, sprzęty, dawne metody robienia glinianych naczyń i ich wypalania w specjalnym piecu, drewniane, dekoracyjnie rzeźbione dzieże do ciasta, mosiężne sztućce, gliniane garnki do gotowania, a poza tym biżuteria, tkaniny, instrumenty, monety, a to wszystko przyprawione dużą dawką humoru, wcielających się w średniowiecznych mieszczan organizatorów. Od tego wszystkiego można było niemal stracić głowę, szczególnie w pobliżu miejsca zarezerwowanego dla kata i jego małego pomocnika ;)



Pomiędzy wyjazdami i powrotami umknął mi gdzieś tegoroczny dzień blogera, ale że w międzyczasie otrzymałam miłe zaproszenie do blogowej zabawy od Dagi i Amber i obiecałam się wywiązać - mocno spóźniona, ale niniejszym to czynię :)

Oprócz średniowiecznych jarmarków... ;)
- lubię weekendowe spotkania z przyjaciółmi, kiedy po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, jakie to szczęście, że ich mam :)
- lubię moment, kiedy koła samolotu odrywają się od ziemi i kołaczącą się wtedy w głowie myśl, że "człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać" ;)
- lubię Trójeczkę, najbardziej tę radiową :)
- lubię koty :)
- lubię fotografować i lubię, kiedy obraz na zdjęciu pokrywa się idealnie z tym, który wcześniej narodził się w mojej głowie,
- lubię stare, dobre rockowe granie i koncerty na żywo,
- lubię kulinarne wyzwania,
- lubię kupować książki i płyty,
- lubię ciepło








poniedziałek, 6 września 2010

Litwo, ojczyzno moja...



Jeżeli można mieć więcej niż jedną ojczyznę, co moją drugą z pewnością byłaby Litwa. Litwa, a dokładniej Wileńszczyzna, do której wracam częściej niż do jakiegokolwiek innego miejsca na świecie, tak jak wraca się do domu. Czy to dlatego, że moja babcia ze śp. dziadkiem pochodzą z tamtych stron, czy to że całe dzieciństwo spędziłam na słuchaniu barwnych opowieści z ich szczęśliwej młodości tam, czy to, że dzięki temu potrafię "zaciągnąć" wileńską gwarą, jak najprawdziwszy rodak zza Buga/Niemna ;) a może wreszcie to, że najbliższe memu sercu są placki ziemniaczane, babki ziemniaczane, pierogi i babcine krupniki? :) Pewnie to wszystko po trochu złożyło na to, że Litwę uwielbiam i czuję się tam jak u siebie.

Polecam przede wszystkim przepiękne Wilno, po którym spacerowanie sprawia tyle przyjemności, ile spacer po starym Krakowie lub czeskiej Pradze. Urocze wąskie uliczki, malownicze stare kamienice, niezliczona ilość majestatycznych kościołów i cerkwi, kafejki i tętniący gwarem rynek, tworzą niepowtarzalny klimat miasta, w którym na każdym kroku napotkać można polskie ślady (domów, w których Adam Mickiewicz urodził się, mieszkał i w którym przebywał ostatni raz przed emigracją naliczyłam przynajmniej cztery. Najwyraźniej często się przeprowadzał ;)) . Warto odwiedzić też pobliskie Troki z zamkiem położonym na wyspie na jeziorze Galwe, pamiętających czasy Witolda i Władysława Jagięłły oraz Kowno z równie ładną, przytulną starówką o niskiej zabudowie i magicznym miejscu, gdzie zbiegając się nurty trzech rzek.




Podróż kulinarna na Litwę to też sama przyjemność :) Zwykle, pierwsze co czynię po przyjeździe do Wilna, to udaję się do najbliższej restauracji na cepeliny (można je też spotkać pod litewską nazwą "Didžkukuliai") z pomaczką :) Nigdzie indziej nie przyrządzają ich tak wspaniale i nie smakują tak dobrze, jak na Litwie :) To samo tyczy się blinów ziemniaczanych na dziesiątki sposobów (polecam placki ziemniaczane nadziewane mięsem :)), babki i kiszki ziemniaczanej. To wszystko obowiązkowo polane bądź gęstą, kwaśną śmietaną bądź rzeczoną pomaczką, czyli skwarkami zasmażonymi ze śmietaną :) Tym, którym wybór dań ziemniaczanych wciąż wydaje się skromny, litewskie restauracje polecają jeszcze Žemaičių blynai, czyli bliny żmudzkie, przygotowane z ugotowanych ziemniaków z nadzieniem, smażone podobnie jak kotlety.
Zamiast klasycznych pierogów, na Litwie częściej można spotkać kołduny, zawsze w towarzystwie zup (np. rosołu) lub pieczone, najczęściej z mięsnym nadzieniem kibiny (kibinai), rozpowszechnione przez społeczność karaimską z Trok. Spróbować można też czebureków (Čeburėkai) - smażonych w głębokim oleju dużych, płaskich pierogów, przypominających złożonego na pół naleśnika albo omlet.




Tak jak wybór dań obiadowych zawsze wystawia mój wrodzony brak zdecydowania na ciężką próbę (chociaż i tak zwykle kończy się na cepelinach ;)), tak śniadania na Litwie są takim pewnikiem, jak to że mam ksywkę Komarka ;) Litewski ciemny, żytni chleb z tamtejszym twarogiem jest spełnieniem marzeń :) Nie mam pojęcia w czym tkwi tajemnica, bo przecież w Polsce dobrych białych serów i twarogów nie brakuje, ale te litewskie nie mogą równać się z niczym. Oprócz tych prostych, bez dodatków, w zawrót głowy może wprawić wybór twarożków smakowych - tych do smarowania, lekko zmielonych, ale wciąż zachowujących swoją naturalną ziarnistą konsystencję, z dodatkiem wanilii i rodzynków, truskawek, moreli lub wiśni. A już w prawdziwe szaleństwo wpędzały mnie i towarzyszącą mi tym razem Dziuunię, sklepowe, lodówkowe półki, wypełnione po brzegi twarożkowymi batonikami w czekoladzie! :) Nasza misja spróbowania wszystkich rodzajów i smaków okazała się misją niemożliwą :) Dla miłośników nabiału Litwa jest prawdziwym rajem i zaskoczeniem. Myśleliście do tej pory, że śmietana 36% to szczyt tłustości? Otóż nie - w każdym litewskim spożywczaku bez trudu znajdziecie śmietanę 40-procentową :) Ale czemu się dziwić, kiedy nawet pasteryzowane mleko z kartonika smakuje tam, jak to prosto od krowy...



Dla mięsożernych członków rodziny i przyjaciół z Litwy można przywieźć słynne kindziuki, suszone lub podsuszane polędwice, kiełbasy i słoninę. Dla odważnych - suszone ryby lub wędzone świńskie uszy (często w dziale zagryzek do piwa ;))) A żeby to wszystko strawić, przydadzą się ziołowe (słynna Trejos Devynerios "999") i owocowe (pyszne żurawinówki) nalewki litewskie lub pitne miody. Koniecznie trzeba spróbować też kwasu chlebowego (Gira), który kupić można wszędzie zarówno gotowy - w butelkach albo puszkach lub też w postaci suszonego zaczynu do samodzielnego zrobienia w domu (do wyboru opakowania wystarczające na 3 do 9 litrów kwasu :)) Pisząc o napojach, przypomniał mi się kisiel żurawinowy, który podają w niektórych restauracjach w wersji do picia właśnie - warto spróbować :)

O Liwie i Wileńszczyźnie opowiadać mogę godzinami, więc jeżeli wytrwaliście do tego akapitu, to chwała Wam za to ;) Chciałam jeszcze tylko podziękować przesympatycznej Agnieszce z Wilna za spacer i spotkanie przy kawie, dzięki której między innymi przytargałam do domu kolejną grubą księgę z ulubionej serii Culinaria (nie ma to jak miejscowy, znający najlepiej zaopatrzone księgarnie w mieście ;)) :)

To kiedy wybieracie się na Litwę? ;)




  © Blogger template 'Morning Drink' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP