czwartek, 28 października 2010

Marmolada dyniowo-imbirowa



Wybrawszy wyborny gatunek żółtej zupełnie dyni, obrać ją ze skóry, wybrać ze środka pestki i tak zwany miękisz, czyli włókno, pokrajać na kwadratowe kawałki wielkości cala, włożyć w rondel, mocno upychając, przykryć pokrywą i dusić godzinę na wolnym ogniu, często mieszając, aby się nie przypaliła, bo choć puszcza z siebie wiele soku, ten się jednak wydusi w ciągu godziny...

Tak, w mojej przygodzie z dynią brakowało jeszcze tylko przetworów, które zapakowane w szklane (żałuję bardzo, że niestety nie mam możliwości, zgodnie z przepisem, chować marmolady w kamiennych słojach :)) słoiki, swoim energetyzującym kolorem rozświetliłyby półki z zimowymi zapasami. Pani Ćwierczakiewiczowa przekonała mnie do dyniowej marmolady z dodatkiem cytryny i imbiru, którą określiła jako "naśladującą morelową" (dyniowa przebrana za morelową? ;)) :) Rozumiem, że dawniej, w mniej zamożnych mieszczańskich kuchniach dynia była tańsza i prawdopodobnie łatwiej dostępna niż morele i w ten sposób można było trochę oszukać podniebienie, ale uważam, że dynia nie musi już nic udawać, bo sama zasługuje na równorzędne poważanie. I założę się, że uszczęśliwienie bliskiej osoby słoiczkiem TAKIEJ marmolady może być bardzo miłym gestem :) Swoją drogą, dodanie do dyni jakiejś części prawdziwych moreli z pewnością wzbogaciłoby smak.
Słodka (mimo że zredukowałam trochę ilość cukru, bo z proporcji podanych w oryginalnym przepisie wynikało, że powinien to być aż 1 kilogram) i gęsta marmolada z wyraźnym imbirowym posmakiem, może być wspaniałym nadzieniem do naleśników, ciast i ciastek, a imbir i cytryna ukoją jesienno-zimowe bóle gardła, mam nadzieję :)



Marmolada dyniowo-imbirowa:

1,5 kg obranej i pokrojonej w kostkę dyni,
80 dkg cukru,
3 cytryny,
świeży imbir (kawałek przynajmniej 10-centymetrowy)

Dynię włożyć do garnka, przykryć pokrywką i dusić na małym ogniu godzinę, mieszając od czasu do czasu, aby nie przywarła (jeżeli macie mało soczystą dynię, można podlać ją ok. pół szklanką wody). Po godzinie dodać cukier, wymieszać i gotować na małym ogniu pod przykryciem kolejną godzinę. Dodać sok wyciśnięty z cytryn i starty na tarce imbir (musi być go przynajmniej 2 łyżki). Gotować kolejną godzinę. Gotową, gorącą marmoladę przełożyć do suchych i wyprażonych słoików.

[wydrukuj przepis]





wtorek, 26 października 2010

Mufinki dyniowe z prażoną kaszą jaglaną



Dyniowy Festiwal nabiera tempa, umilając szare, deszczowe i bardzo jesienne już dni. A ja postanowiłam upiec mufinki. Dyniowe mufiny piekę każdej jesieni (chociaż ze zdziwieniem zauważyłam, że nie było ich jeszcze na blogu!), ale takich nie piekłam jeszcze nigdy :) Na przepis natknęłam się przypadkiem na stronie amerykańskiego sklepu ze zdrową żywnością Whole Foods Market. Ich wyjątkowość polega na tym, że rozkosznie chrupią z każdym kęsem :) Niby nic dziwnego, bo większość mufinek ma chrupiącą (mniej lub bardziej) skórkę tuż po upieczeniu, ale te pozostają chrupiące nawet na drugi dzień! Taki patent zawdzięczają prażonej na złocisto najzwyklejszej, surowej kaszy jaglanej :) Gdyby nie ten przepis, nie przyszłoby mi nawet do głowy, żeby uprażyć kaszę w celu dodania jej do mufinek i przez chwilę myślałam nawet, że po zetknięciu z rozgrzaną blachą kasza zmieni całkiem swoje oblicze i zamieni się w coś w rodzaju jaglanego popcornu, kiedy zaczęła "strzelać" jak prażone ziarna kukurydzy ;) Nic takiego się nie stało, poza tym, że ziarenka skruszały i nabrały lekko orzechowego aromatu. W każdym razie to małżeństwo z dyniowym, korzennym ciastem jest wyjątkowo udane, bo żółciutkie wnętrze mufinki jest bardzo pulchne i miękkie, a mimo to przyjemnie chrupie pod zębami za sprawą ziarenek jagła. Pyszne i zdrowe na pierwsze i drugie śniadanie :)



Mufinki dyniowe z prażoną kaszą jaglaną:

1/2 szkl. kaszy jaglanej,
1 szkl. dyniowego puree,
1 jajko,
1/2 szkl. kwaśnej śmietany,
1/2 szkl. mleka,
4 łyżki masła,
1/3 szkl. cukru,
1/3 szkl. cukru brązowego (demerary),
1 szkl.mąki pszennej tortowej,
1 szkl. mąki pszennej razowej,
1 łyżeczka proszku do pieczenia,
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej,
1/2 łyżeczki soli,
1/2 łyżeczki cynamonu,
1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej.
1/4 łyżeczki mielonych goździków

Kaszę jaglaną rozłożyć na płaskiej blasze do pieczenia i prażyć w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni 3-4 minuty (mieszając parę razy, żeby kasza uprażyła się równomiernie) na złoty kolor (ziarenka kaszy powinny zacząć lekko "strzelać", jak popcorn ;)). Można to zrobić również na patelni. Uprażoną kaszę przełożyć na talerz ostudzić (koniecznie spróbujcie trochę takiej uprażonej na świeżo kaszy - jest całkiem smaczna i myślę, że może fajnie dopełnić ulubione musli :)).

W dużej misce wymieszać obie mąki, proszek do pieczenia i sodę, sól, przyprawy korzenne i ostudzoną kaszę jaglaną. W międzyczasie stopić masło. W oddzielnej misce rozbić jajka i wymieszać je widelcem z dyniowym puree, mlekiem, śmietaną, cukrem i cukrem brązowym i ostudzonym, stopionym masłem.
Składniki mokre wlać do miski ze składnikami suchymi i szybko wymieszać wszystko łyżką.

Foremkę do mufinek z 12 otworami wyłożyć papilotkami lub wysmarować stopionym masłem. Przełożyć ciasto, dzieląc je po równo. Piec 20-25 minut w piekarniku rozgrzanym wcześniej do 200 stopni (patyczek włożony w środek mufinki powinien być suchy). Mufinki najlepiej smakują lekko ciepłe, z masłem i ulubioną konfiturą.

[wydrukuj przepis]





sobota, 23 października 2010

Dyniowe gnocchi z mlekiem fistaszkowym



Cieszę się bardzo, że znowu, jak co roku, pod przewodnictwem Bei, rozpoczął się Dyniowy Festiwal :) Ba, tym razem cieszę się nawet podwójnie, bo dyniowy weekend zmienił się w calutki dyniowy tydzień (z kawałkiem! ;)) i w końcu będzie czas, aby pękatą królową jesieni do woli się nacieszyć. Bo ja już w tamtym roku miałam niedosyt, obserwując przy okazji z uciechą, jak z całkowitej dyniowej ignorantki jeszcze kilka lat temu, staję się powoli dyniowym koneserem, raz za razem odkrywając nowe oblicza tego niezwykłego warzywa. Zdążyłam już przekonać się, że dynia równie dobrze smakuje na słodko, słono, kwaśno, ostro, na surowo, pieczona, gotowana, w wersji obiadowej i deserowej. I wiem, że jeszcze nie raz mnie zaskoczy :)

Moją dzisiejszą propozycją festiwalową jest pierwszy, z obiecanych przepisów Davida Everitt-Matthiasa - danie, podawane jako jeden z sezonowych starterów w restauracji Le Champignon Sauvage. Okazuje się, że nawet proste dyniowe gnocchi można podnieść do rangi kulinarnej sztuki. Tajemnicą dania jest na pewno idealnie aksamitna tekstura dyniowo-parmezanowych kluseczek, ale też połączenie jej ze spienionym, słodkawym mlekiem fistaszkowym. Spokojnie można zadowolić się samą porcją gnocchi z mlecznym sosem, ale w restauracji podawana jest razem ze smażonymi kalmarami i paskiem marynowanej, gotowanej i na końcu podsmażonej na chrupiąco słoniny, bo David znany jest z łączenia mięs i ryb w swoich popisowych daniach. Ze słoniny zrezygnowałam bez żalu ;) ale gdybym miała dostęp do świeżych owoców morza, chętnie spróbowałabym z kalmarami, co i Wam polecam. Tymczasem musiałam zadowolić się usmażonym i skropionym cytryną dorszem, a i tak całość smakowała wybornie :)



Dyniowe gnocchi z mlekiem fistaszkowym:

gnocchi -
800 g obranej i wypestkowanej dyni*,
130 g semoliny (lub innej mąki makaronowej),
1 jajko,
50 g startego parmezanu,
trochę oliwy z oliwek,
50 g masła,
sól, pieprz

mleko fistaszkowe -
400 ml mleka,
50 g orzeszków ziemnych,
50 g masła,
100 ml bulionu,
1/2 cebuli,

* Do gnocchi najlepiej wybierać mniej soczyste odmiany dyni. Jeżeli po upieczeniu dynia nadal będzie miała sporo soku, można połączyć ją pół na pół z pieczonymi i przetartymi ziemniakami.

Dynię pokroić na kawałki, ułożyć na płaskiej blasze do pieczenia i lekko skropić oliwą z oliwek. Blachę przykryć folią aluminiową i piec w temperaturze 200 stopni do miękkości. Upieczoną dynię przetrzeć przez gęste sitko i odstawić do ostudzenia.

Dyniowe puree wymieszać z semoliną, przyprawić solą i pierzem. Dodać roztrzepane jajko i parmezan i wszystko zagnieść w kulę. Blat lub stolnicę oprószyć mąką, odkrawać kawałki ciasta dyniowego i formować długie wałeczki. Każdy wałeczek podzielić nożem na małe kawałki (podobnie jak kopytka) i z każdego z nich uformować kulkę. Na każdej kulce, tylną stroną widelca odcisnąć charakterystyczne paseczki. W dużym, płaskim garnku zagotować wodę, lekko osolić i partami wkładać gnocchi, gotując je przez chwilę - do czasu aż wypłyną na powierzchnię (nie można gotować długo, bo są bardzo delikatne i mogą się rozpaść). Wyjmować łyżką cedzakową, od razu wkładając je do miski z zimną wodą. Po chwili odcedzić i przełożyć do innej miski lub pojemnika i lekko skropić oliwą z oliwek, aby nie sklejały się.
Gnocchi można zrobić wcześniej i przechować w lodówce.

Aby przygotować mleko fistaszkowe należy najpierw uprażyć na złoto orzeszki ziemne. Później rozgrzać masło w rondelku, dodać posiekaną cebulę i dusić 3-4 minuty. Dodać mleko, prażone orzeszki i bulion. Gotować na bardzo małym ogniu około 30 minut. Całość zmiksować blenderem, tak, aby orzeszki zostały drobno posiekane. Odstawić na 1-2 godziny, po czym doprawić do smaku solą i pieprzem.

Przed serwowaniem dania, pozostałą część masła rozgrzać na patelni. Włożyć porcję gnocchi i obsmażyć na złoto z każdej strony.
Mleko fistaszkowe lekko podgrzać i spienić jeszcze raz blenderem.
Gnocchi ułożyć w miseczkach lub głębokich talerzach (obok ryby i mięsa, jeżeli są serwowane razem) i wszystko polać mlekiem fistaszkowym.

[wydrukuj przepis]




sobota, 16 października 2010

Chleb pszenno-żytni ze słonecznikiem



Tegoroczny Międzynarodowy Dzień Chleba, obchodzony na blogach kulinarnych na całym świecie, to dla mnie wspaniała okazja, żeby celebrować i pochwalić się moim pierwszym, zakwasowym chlebem bochenkowym. Dotychczas moje pierwsze, nieśmiałe kroki w świecie pieczywa na zakwasie, stawiałam testując proste, razowe chleby foremkowe. Ale kiedy mój wychuchany zakwas nabrał siły i dojrzałości, a ja - jako takiego pojęcia o rodzajach, metodach i właściwościach pieczywa, postanowiłam w końcu zrobić krok na przód i upiec chleb bez foremki :) Zaopatrzona w moje pierwsze koszyki do wyrastania i wiedzę wyniesioną z lekcji formowania bochenków, której udzieliła mi Dziuunia pewnego letniego weekendu przy okazji pieczenia jagodzianek (w roli ciasta chlebowego wystąpiło gościnnie słodkie drożdżowe ;)) odważyłam się i upiekłam dwa bochenki pszenno-żytniego chleba ze słonecznikiem, na podstawie przepisu Tatter (z tą różnicą, że zamiast mąki żytniej sitkowej, dodałam razową typu 2000 i dorzuciłam dodatkowo trochę pestek dyni). Przyznaję, że to były emocje porównywalne do tych, towarzyszących pierwszemu wypiekowi na zakwasie :) Czy bochenki wyrosną, czy nie opadną, czy uda się je przenieść na kamień, czy nie rozleją się na boki itp. itd. Udały się! :) I chociaż lekko pękły tam gdzie nie powinny (na boku ;)) i muszę jeszcze poćwiczyć ich nacinanie ;), to i tak strasznie się cieszę, że mogę pokazać je Wam właśnie dzisiaj :)



Chleb pszenno-żytni ze słonecznikiem:

zaczyn:
3 łyżki aktywnego zakwasu żytniego razowego,
45 g letniej wody,
75 g białej pszennej maki chlebowej


ciasto właściwe:
500g białej pszennej mąki chlebowej,

100g mąki żytniej razowej ,

100g mąki pszennej razowej,
455 g letniej wody,

13 g soli,

80 g ziaren słonecznika, uprażonych,
40 g ziaren dyni

Składniki na zaczyn wymieszać w misce, przykryć folią i odstawić na 12 godzin.

Do miski wsypać mąki na ciasto właściwe, dodać wodę, wymieszać, przykryć i odstawić na 30 minut.

Do ciasta dodać sól i zaczyn. Wyrabiać 5 minut. Dodać wystudzone ziarna słonecznika i dyni i zagniatać kolejne 3 minuty, aż ciasto stanie się gładkie i elastyczne. Zostawić do wyrośnięcia na około 2,5 godziny, co 50 minut odgazowując i składając.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz odgazować, podzielić na dwie części. Każdą część ukształtować w kule i zostawić na 15 minut. Uformować bochenki i złączeniem do góry umieścić w koszach. Zostawić do wyrośnięcia na kolejne 1,5 godziny. Rozgrzać piec wraz z kamieniem do 250 stopni. Wyrośnięte bochenki przełożyć z koszyków na łopatę lub płaską deskę (w roli łopaty wystąpiła u mnie zwykła, płaska deska do krojenia ;)) Piec z parą przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę pieca do 220 stopni i piec kolejne 35 minut.

[wydrukuj przepis]


środa, 13 października 2010

Rajskie jabłuszka - w chlebku i syropie



Dzisiaj będzie różowo :) Jak każdej jesieni, zaróżowiła się w ogrodzie rajska jabłoń, tysiącem małych różowych jabłuszek. Szarlotka z raju i rajski dżem z tamtego roku, zachęciły mnie do dalszych eksperymentów z mniejszymi braćmi alw, malinówek, renet i beforestów. Różowy miąższ jabłuszek jest tak dekoracyjny, że jeszcze raz postanowiłam wykorzystać ten walor w cieście - tym razem w słodkim, jesiennym chlebku z orzechami laskowymi. I rzeczywiście - kawałki jabłek wyglądają w nim jak różowe pralinki. I chociaż na surowo diabelsko kwaśne i cierpkie, upieczone w słodkim cieście smakują bardzo dobrze, a w towarzystwie garści uprażonych orzechów mogą umilić nawet najbardziej pochmurny i deszczowy, jesienny poranek.



Chlebek z rajskimi jabłuszkami i orzechami laskowymi:

2 szkl. pokrojonych w kawałki jabłuszek rajskich,
2 szkl. mąki,
2 jajka,
1 szkl. cukru,
1/2 szkl. oleju,
2 łyżki mleka, jogurtu lub kefiru,
1/4 szklanki orzechów laskowych,
1 łyżeczka sody oczyszczonej,
1/2 łyżeczki soli

Jajka rozbić z cukrem. Dodać olej i mleko - wszystko dokładnie zmiksować. Dodać jabłuszka (jabłuszek nie trzeba obierać - przynajmniej ja poprzysięgłam sobie, że nigdy więcej ;) Wystarczy wykroić gniazdka nasienne z pestkami i pokroić w kostkę).

Orzechy uprażyć na suchej patelni lub w piekarniku, wystudzić i posiekać.
W oddzielnej misce wymieszać mąkę, sodę, sól i orzechy. Składniki suche dodać do mokrych i wszystko wymieszać łyżką. Ciasto przełożyć do foremki keksowej wyłożonej pergaminem lub wysmarowanej masłem. Piec w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni około godzinę (do suchego patyczka). Ostudzone ciasto posypać cukrem pudrem.

[wydrukuj przepis]


Rajskie jabłuszka w syropie



Zrobiłam też coś, czego nie zdążyłam zrobić w tamtym roku. Całe rajskie jabłuszka, zatopione w słodkim, korzennym syropie marzyły mi się przez cały rok. Różowe, słodkie i błyszczące ozdobią każde ciasto i każdy deser, jak przysłowiowa wisienka na torcie, którą zresztą do złudzenia przypominają :) Podchodziłam do nich dwukrotnie, aż w końcu, posiłkując się radami niezawodnej pani Ćwierczakiewiczowej, udało się (przynajmniej w większości ;)) osiągnąć pożądany efekt. Bo najważniejszą rzeczą jest to, żeby jabłuszka nie popękały podczas gotowania, co nie jest łatwym zadaniem. Koniecznie muszą być świeże, nieprzedojrzałe i nieprzestałe, a przede wszystkim muszą mieć pokojową temperaturę, więc najlepiej przynajmniej na kilka godzin przed gotowaniem przynieść je do domu (za pierwszym razem, przyniesione prosto z podwórza, popękały wszystkie jak jeden mąż :)) Każde jabłuszko trzeba również nakłuć w kilku miejscach, co też zapobiega pękaniu i chociaż to zajęcie żmudne, to uwierzcie - o wiele przyjemniejsze niż obieranie rajskich jabłuszek ;) W ten sam sposób można też zamarynować rajskie jabłuszka w korzennej zalewie octowej.

Mój chlebek i rajskie "wisienki" dołączam do szczytnej, różowej akcji Szarlotka, którą już po raz drugi, jak zawsze w październiku przypominamy o badaniach profilaktycznych pomagających wykryć raka piersi i pamiętamy o tych, którzy walczą i którzy wygrali, a przede wszystkim jesteśmy razem - na dobre i na złe.



Rajskie jabłuszka w syropie:

1 kg jabłuszek rajskich,
1,5 kg cukru,
2 szkl. wody,
2-3 kawałki kory cynamonowej,
1 łyżeczka goździków,
skórka otarta z jednej pomarańczy

Jabłuszka umyć i w ok. 1/3 długości odciąć ogonki. Każde jabłuszko nakłuć w kilku miejscach wykałaczką. Włożyć do garnka napełnionego zimną wodą (tak aby zakrywała wszystkie jabłka) i podgrzewać na bardzo małym ogniu do zagotowania. Kiedy jabłuszka lekko zmiękną, odcedzić wodę i zostawić owoce do wystudzenia.

Ugotować syrop z 1 kg cukru, kory cynamonowej, goździków, skórki pomarańczowej i dwóch szklanek wody. Nie gotować zbyt długo, aby syrop nie był gęsty. Ostudzić i lekko ciepłym zalać jabłuszka.

Na drugi dzień odlać syrop do garnka, dodać 25 dkg cukru i jeszcze raz zagotować. Ciepłym ponownie zalać jabłuszka. Trzeciego dnia powtórzyć czynność, dodając resztę cukru.
Jabłuszka przełożyć do słoików i zalać syropem. Pasteryzować 5-7 minut.

[wydrukuj przepis]





niedziela, 10 października 2010

Le Champignon Sauvage. Z wizytą u mistrza :)



Marzyliście kiedyś, żeby ze swoich domowych kuchni, chociaż na chwilkę, chociaż przez dziurkę od klucza zajrzeć do kuchni jednej z najlepszych restauracji na świecie i poznać jej tajemnice? Ja marzyłam, a mimo to nawet nie śniło mi się, że marzenie to może kiedyś się spełnić. A jednak! :) Dziełem paru zbiegów okoliczności i przypadków, a przede wszystkim, jak to się zwykle zdarza, z dużą pomocą starych, niezawodnych przyjaciół (Justyna – wielkie dzięki i dozgonne wyrazy wdzięczności! :)) znalazłam się w brytyjskim Cheltenham, gdzie spędziłam parę niezapomnianych, inspirujących chwil w dwugwiazdkowej restauracji Le Champignon Sauvage.



Zanim niemożliwe okazało się możliwe i przekroczyłam drzwi restauracji, dostałam dwie autorskie książki szefa Le Champignon Sauvage Davida Everitt-Matthiasa - pierwsza, debiutancka „Essence”, z przepisami dań serwowanych w restauracji, od starterów, przez dania główne po desery i druga, poświęcona tylko i wyłącznie deserom. Od pierwszej chwili zafascynowała mnie nie tylko wyrafinowana fantazja Davida w komponowaniu smaków i oryginalnych połączeń składników, która wyróżnia większość gwiazdkowych szefów kuchni, ale przede wszystkim ogrom i różnorodność używanych przez niego dzikich ziół, owoców, korzeni i kwiatów. W książkach przewijały się kremy z rukwi wodnej, sałatki z szczawiku zajęczego, podagrycznika, krwawnika, liści lubczyku, fiołkowe lody, głogowa panna cotta, krem nagietkowy (wcale nie do smarowania twarzy na noc ;)), kasztanowy sorbet i wiele innych zaskakujących dań, dodatków i deserów, które można wyczarować ze składników dostępnych w lesie i najbliższej łące. Wtedy pomyślałam, że oto znalazłam swojego kuchennego guru :)





David Everitt-Matthias wraz z żoną Helen otworzył swoją restaurację w spokojnym, malowniczym Cheltenham w 1987 roku, kiedy po latach nauki i terminowania u najlepszych szefów kuchni w Londynie, postanowił pójść swoją drogą. Zdobyta wcześniej wiedza i nieustanne eksperymentowanie ze składnikami i smakami, pozwoliły mu na wypracowanie własnego stylu, który był na tyle dobry i oryginalny, że przyniósł mu najbardziej zaszczytne i prestiżowe nagrody w świecie szefów i restauratorów. Obok wspomnianych już dwóch gwiazdek w przewodniku Michelin, Le Champignon Sauvage może pochwalić się dwiema gwiazdkami w przewodniku Hardena, czterema rozetkami AA, a sam David – tytułem najlepszego szefa Wielkiej Brytanii 2007 roku i najlepszego cukiernika roku w rankingu Egona Ronaya. Do tego David od lat przyjaźni się z Gordonem Ramsayem, który jest również autorem słowa wstępnego do jego pierwszej książki, a sam Heston Blumenthal, zaszczycił swoim wstępem jego „Desery”.





Mając na uwadze to wszystko, możecie sobie wyobrazić, jaka onieśmielona byłam jadąc tam jako skromny, niewykwalifikowany, kucharzący amatorsko bloger :) Na szczęście okazało się, że zupełnie niepotrzebnie :) Już od progu przywitał mnie szeroki uśmiech Davida (który jak wnioskuję z reszty mojego pobytu, chyba ogólnie bardzo rzadko znika z jego twarzy ;)), który zaprosił mnie prosto do swojego królestwa, czyli kuchni, gdzie trwała już poranna sesja przygotowań do popołudniowego serwisu. Kiedy do tego otrzymałam biały kitel, sygnowanych wyszytym na piersi imieniem i nazwiskiem szefa kuchni do przebrania, cały stres zniknął, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki (fajnie poczuć się jak prawdziwy szef! ;)) i po chwili czułam się już jak jeden z członków kuchennego zespołu :) Wszystkie patetyczne wizje, związane z wyglądem i atmosferą „gwiazdkowych” restauracji, które wcześniej przewijały mi się w głowie, zweryfikowałam równie szybko. Bo kuchnia w La Champignon Sauvage jest mała i przytulna, a zespół młodych kucharzy roześmiany, jak ich szef, żartujący i bawiący się swoją pracą z nieukrywaną przyjemnością i radością. Jedyną rzeczą, która może budzić respekt, to piękny, srebrny piec francuskiej marki Molteni, nazywany Rolls Roycem profesjonalnych kuchni. Sala restauracyjna także w niczym nie przypomina sterylnego, sztywnego i zimnego miejsca, którego większość ludzi omijałaby z daleka. Są za to ciepłe kolory, na ścianach spokojne obrazy malarstwa sztuki nowoczesnej z prywatnej kolekcji gospodarzy i coś co całkowicie podbiło moje serce – nakrycia stołów , których głównym akcentem są piękne talerze, ręcznie malowane... przez samego Davida! :)

Zostałam również oprowadzona po małym przydomowym ogródku na zapleczu restauracji, gdzie w skrzynkach i na rabatkach rosną zioła i rośliny, które prosto stamtąd trafiają do kuchni. Poza tym szef, często wraz z całym swoim zespołem, osobiście organizuje wyprawy do pobliskich lasów po grzyby, jagody, borówki, dziką różę, głóg, jarzębinę i rośliny z długiej listy jadalnych, o której w przynajmniej połowie nie miałam pojęcia (okazuję się, że jakieś 95% trawnika jest jadalna... ;))





Nie byłam tylko biernym obserwatorem. Miałam niesamowitą frajdę uczestniczenia w przygotowywaniu potraw, a najwięcej czasu spędziłam na moim wciąż najbardziej ulubionym stanowisku cukierniczo-deserowym :) Robiłam między innymi czekoladowy sorbet, bergamotkową galaretkę, ciasto migdałowo-malinowe, karmelizowane płatki gruszki, panna cottę z tonką, lukrecjowy creme brulee. Podglądałam jak przygotowuje się mięsne terriny i wywary, pieczenie, sosy i warzywne dodatki, a na końcu garniruje dania. Zostałam też poproszona o przygotowanie jakiegoś tradycyjnego polskiego dania z kaszą jaglaną. Padło na staropolskie pierogi z kaszą jaglaną i twarogiem (twaróg kupiłam bez problemu na miejscu w polskim sklepie :)), które udały się na medal (uff! ;)) i smakowały bardzo całemu zespołowi. A David skrupulatnie zanotował przepis :)

Całe menu La Champignon Sauvage inspirowane jest przede wszystkim kuchnią francuską. Jednak przemycane do dań najróżniejsze, dzikie rośliny i owoce nadają mu bardzo indywidualnego stylu. Zaopatrzona w przepisy z książek, postaram się odtworzyć kilka potraw w mojej kuchni i podzielić się nimi tutaj na blogu.



Tymczasem jeszcze długo wspominać będę tę niesamowitą przygodę, a David Everitt-Matthias, jego prawdziwa pasja, kunszt kucharski, a przede wszystkim godna podziwu skromność, pozostanie moim wielkim autorytetem. I pamiętajcie – marzenia się spełniają :)






THANK YOU David and all Le Champignon Sauvage team!


LE CHAMPIGNON SAUVAGE RESTAURANT,
24-26, SUFFOLK ROAD,
CHELTENHAM, GLOS. GL50 2AQ
UK

http://www.lechampignonsauvage.co.uk/



poniedziałek, 4 października 2010

Sernik daktylowy. Urodzinowy :)



Witajcie, po ostatniej już w tym roku wakacyjnej przerwie :) Znowu strasznie stęskniłam się za blogowaniem i Wami (tak, to musi być już jakiś rodzaj uzależnienia ;)) i z ochotą i nowymi pokładami sił i pomysłów wracam do mojego ulubionego zajęcia :) Chociaż muszę przyznać szczerze, że wciąż jeszcze jestem (duchem) trochę tam, skąd wróciłam. Poleczka zdradziła już, że byłam w Londynie, ale nie tylko ;) Poza odkrywaniem najbardziej fascynujących zakątków monumentalnego Londynu, niezapomnianymi, niezwykle sympatycznymi spotkaniami ze starszymi i tymi całkiem nowymi przyjaciółmi (Poleczko, Arku - dziękuję za spotkanie i wspaniały wieczór! :D ), przeżyłam fantastyczną, kulinarną przygodę, o której postaram się opowiedzieć Wam w szczegółach już w kolejnym wpisie.

Z całym tym bagażem nowych doświadczeń i pozytywnych emocji wracam do naszej jesiennej rzeczywistości, przy okazji, jak zawsze na początku października, zamykając kolejny rok życia. Tak jakoś wyszło, że w tamtym roku przegapiłam urodziny bloga, więc dzisiaj świętujemy znowu podwójnie - ja, kolejne osiemnaste ;) i mój blog - JUŻ trzecie! :) Życzymy sobie nawzajem dalszej i nieustającej radości z uprawianej tu pasji, dziękując przy tym za Wasz w nią wkład i Wasze przesympatyczne towarzystwo. Z tej okazji częstujemy jesiennym, jeszcze jednym z korzennych, tym razem daktylowym sernikiem ze słodkim, daktylowym sosem toffi. Jeżeli macie do tego pod ręką kieliszek wina, szampana lub cydra ;) wypijcie za nasze zdrowie i koniecznie stuknijcie szkłem o ekran monitora, jak i ja czynię ;D



Sernik daktylowy z sosem toffi:

spód -
100 g kruchych ciastek,
70 g masła

sernik -
170 g (1 szkl.) suszonych, wypestkowanych daktyli,
180 ml (3/4 szkl.) wody,
750 g kremowego serka (typu Philadelphia),
2 jajka,
100 g brązowego cukru,
1/4 łyżeczki cynamonu,
1/4 łyżeczki przyprawy korzennej,
1/2 szkl. płatków migdałowych,
1/2 szklanki cukru cynamonowego

sos toffi -
100 g masła,
1/2 szkl. śmietanki kremowej,
1/2 szkl. brązowego cukru

Kruche ciastka zmielić i wymieszać z rozpuszczonym masłem. Wyłożyć spód wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy o średnicy 23 cm. Zostawić w lodówce do schłodzenia.

Daktyle posiekać i zalać wodą w małym rondelku. Podgrzać i gotować na wolnym ogniu bez przykrycia przez pięć minut. Odsączyć daktyle przez sitko, zachowując sok, który będzie potrzebny do sosu.

Ser zmiksować na puszystą i jednolitą masę. Dodać lekko roztrzepane jajka, cukier i przyprawy, miksując, aż wszystkie składniki dokładnie się połączą. Dodać ostudzone daktyle i wymieszać.
Rozgrzać piekarnik do 160 stopni.

Masę serową wylać do tortownicy na schłodzony spód. Wierzch posypać cukrem cynamonowym i płatkami migdałowymi. Piec około 45 minut (w oryginalnym przepisie zaleca się pieczenie tego sernika przez godzinę, ale uważam, że zdecydowanie wystarczy 45 minut, bo po godzinie sernik jest za mocno spieczony). Po upieczeniu studzić ciasto w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Pozostały sok daktylowy przelać do rondelka, dodać masło, cukier i śmietankę. Podgrzewać do zagotowania, po czym gotować na małym ogniu 2 minuty.

Sernik najlepiej smakuje w temperaturze pokojowej polany ciepłym sosem toffi.

[wydrukuj przepis]




  © Blogger template 'Morning Drink' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP