niedziela, 23 stycznia 2011

Rolada schabowa z żurawiną



Rzadko zdarza się, żeby świąteczna pieczeń pojawiała się na moim stole ponownie i to zaledwie tydzień lub dwa po świętach. Poza tym, że jestem raczej mięsolubna inaczej (he he, ładny rym ;)), to zwykle po świątecznym nadmiarze smakołyków i ogólnym przejedzeniu najchętniej natychmiast po świętach przeszłabym na ostrą dietę jarską. Tym bardziej dziwiłam się sama sobie, że niedawno znów do pieca trafił słuszny kawał schabu (choć o połowę mniejszy od wersji świątecznej), do tego nafaszerowany boczkiem, żurawiną i garścią aromatycznych korzeni :)

Wszystkiemu winna świąteczna Nigella, której przepis na schabową roladę postanowiłam wypróbować w celu urozmaicenia świątecznego menu i zastąpienia nią tradycyjnego schabu ze śliwkami lub morelami. Okazała się tak dobra, że zniknęła za jednym posiedzeniem i nawet pół plasterka nie uchowało się, żeby posmakować jej na zimno (a w takiej postaci wszelkie pieczenie lubię najbardziej). Stąd pieczeniowa powtórka "po sezonie" :) Muszę przyznać, że rolada jest równie pyszna, jako wędlina do chleba, jak i na gorąco z żurawinowym lub aroniowym sosem do mięsa, a o chrupiący bekon z wierzchu może rozegrać się krwawa batalia ;) Już teraz gorąco polecam ją Wam na przyszłe święta, ale nie zaszkodzi wypróbować przepis wcześniej :)



Rolada schabowa z żurawiną:

2,5 kg schabu z kością (ok. 2 kg bez kości),
200 g surowego boczku

marynata -
125 ml oliwy,
65 ml białego wina lub wermutu,
15 ml sosu Worcestershire,
1/2 łyżeczki soli

nadzienie -
60 g boczku surowego,
1 cebula,
2 ząbki czosnku,
1/2 łyżeczki mielonego imbiru,
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu,
1/4 łyżeczki mielonych goździków,
1,5 łyżki oliwy,
100 g suszonej żurawiny,
garść natki pietruszki

Jeżeli mamy schab z kością, najpierw oddzielić mięso od kości. Kości nie wyrzucamy, tylko odkładamy do lodówki.
Schab rozkroić z boku w połowie lub 1/3 grubości (jeżeli jest bardzo gruby) tak, aby nie przeciąć mięsa do końca, ale tak, aby rozłożyć je na jeden cieńszy płat. Rozbić mięso, aby było jednakowej grubości i aby kształtem przypominało prostokąt.
Wszystkie składniki marynaty włożyć do foliowej, zamykanej torby na mrożonki, wymieszać i włożyć schab. Zostawić torbę na kilka godzin (najlepiej na całą noc) w lodówce.

Boczek pokroić w małą kostkę, cebulę i czosnek drobno posiekać. Nigella radziła zmielić wszystkie składniki nadzienia (oprócz żurawiny), ale ja nie przepadam za papkowatą konsystencją i nie robiłam tego. Nadzienie mimo tego ładnie trzymało się w roladzie.
Oliwę rozgrzać w płaskim rondlu lub na patelni. Podsmażyć boczek, cebulę i czosnek (smażyć na małym ogniu około 10 min.). Dodać przyprawy i suszoną żurawinę i smażyć kolejne 5 minut. Na koniec dodać natkę pietruszki. Odstawić z ognia i ostudzić.

20 minut przed planowanym faszerowaniem schabu wyjąć mięso z lodówki i rozgrzać piekarnik do 200 stopni.
Mięso wyjąć z marynaty i ułożyć rozkrojoną stroną do góry. Oprószyć solą i pieprzem. Równomiernie rozłożyć nadzienie, zostawiając ok. 2,5 cm wokół krawędzi prostokąta. Zwinąć roladę wzdłuż dłuższego boku.

Boczek pokroić wzdłuż na cienkie, długie plastry. Plastrami obłożyć cały wierzch rolady, tak aby jeden pasek boczku zachodził na drugi. Obwiązać roladę sznurkiem.

Kości pozostałe od mięsa ułożyć na dnie brytfanki lub naczynia żaroodpornego, w którym będziemy piec roladę tak, aby utworzyły ruszt. Na nim ułożyć roladę i wstawić całość do piekarnika na około 1,5 godziny. Jeżeli boczek szybko zacznie się rumienić, przykryć naczynie folią aluminiową.




wtorek, 18 stycznia 2011

Amarantus i amarantusowe ciasteczka



Amarant, szkarłat, karmazyn, oberżyna... brzmi prawie, jak przegląd palety jakiegoś renesansowego mistrza pędzla :) Nie będzie jednak wykładu z malarstwa ani z palety barw. Będzie jak zwykle o jedzeniu :) Bo tak się składa, że jedne z moich ulubionych słów, których dźwięk przyprawia o zmysłowy dreszczyk, jednocześnie są nazwami barw i mają swoje odpowiedniki w kuchni. To tylko potwierdza po raz kolejny, jak zmysłową rzeczą jest jedzenie i że każdy kucharz jest artystą, który ze swojej bogatej palety składników tak dobiera smaki, kolory, zapachy (i słowa! :)), aby stworzyć w jednym daniu tę najdoskonalszą kompozycję.



Bardzo udana próba z prażonym prosem i jaglanymi mufinkami zachęciła mnie do eksperymentów z amarantusem. Amarantus, zwanym inaczej szarłatem lub purpurowym zbożem (właściwie pseudo zbożem) od zawsze rósł w naszym rodzinnym ogrodzie w charakterze rośliny ozdobnej i jeszcze kilka lat temu nie przyszłoby mi do głowy, że piękne, szkarłatne zwisające kolby, na które składa się tysiące drobniutkich ziarenek, mogą być jadalne. Tymczasem okazało się, że ta niepozorna roślina jest jedną z najstarszych, uprawianych na świecie. Doceniały ją już starożytne cywilizacje Majów, Inków i Azteków, uważając ją za roślinę świętą, której zalety wykorzystywano w codziennym żywieniu i obrzędach religijnych. A zalet ziarno amaratusa ma naprawdę wiele. W zawartości żelaza i łatwo przyswajanego białka bije na głowę wszystkie inne rośliny, jak również mleko i czerwone mięso. Nie zawiera też glutenu, za to ma mnóstwo błonnika i ważnych składników mineralnych.

Amarantus dostępny jest w postaci ziarna, mąki i tzw. poppingu, czyli ziarna prażonego, które można zrobić samodzielnie, prażąc ziarenka na suchej patelni, tak samo jak kukurydzę lub proso. Amarantusowy popping ma delikatny, lekko orzechowy smak i można wykorzystywać go na różne sposoby i na słodko i na słono. Na dobry początek upiekłam amarantusowe ciasteczka. Dokładnie mówiąc amarantusowo-bananowe z rodzynkami, ze zmodyfikowanego przepisu znalezionego na blogu Not Just Apples. To ciasteczka typu "biszkoptowego", nie chrupiące, a mięciutkie, wilgotne, lekko lepkie na powierzchni i piegowate od amaratusowych, prażonych ziarenek. Jeżeli banan jest bardzo dojrzały i słodki, można dodać do ciasta trochę mniej cukru, a zamiast masła dodać olej, ale w obu wersjach są pyszne i bardzo odżywcze :)



Ciasteczka amarantusowe:

1,5 szkl. prażonego amarantusa (poppingu)
1 banan,
1/2 szkl. cukru,
1/2 szkl. rodzynków sułtanek,
1 jajko,
1 szkl. mąki,
40 g masła (lub 1/4 szkl. oleju),
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej,
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
1 łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią,
szczypta soli

Cukier, cukier waniliowy, jajko, stopione masło i rozgniecionego banana zmiksować.
W oddzielnej misce wymieszać mąkę, sodę, proszek do pieczenia, sól, sparzone wcześniej rodzynki i amaratusowy popping. Łyżką wymieszać składniki suche i mokre.

Na wyłożoną papierem do pieczenia blachę nakładać łyżką (właściwie najlepiej wychodzi to dwiema łyżeczkami :)) równe porcje ciasta. Rozgrzać piekarnik do 180 stopni i piec ciasteczka około 8-10 minut.




środa, 12 stycznia 2011

Wiejski chleb grecki (pszenno-kukurydziany)



Ostatnio uratował mi życie! :) Przesadzam oczywiście, ale był prawdziwym wyjściem awaryjnym, kiedy ostatnio jakimś sposobem zabrakło w domu chleba i ta straszna prawda wyszła na jaw wieczorem, tuż przed świątecznym dniem (= zamknięte sklepy). Na zakwasowy zaczyn i wyrastanie zakwasowca nie było już czasu i trzeba było ratować się drożdżowym. Mając w pamięci cudowny (w smaku i formie :)) Pan de Horiadaki z oliwkami i czarnuszką, wybrałam inny grecki, biały chleb - wiejski pszenno-kukurydziany z książki o drożdżowych wypiekach autorstwa Mirrabelki. Podobnie jak Pan de Horiadaki, wiejski pięknie i szybko rośnie (chociaż dałam mu na to minimalny czas, a powinien wyrastać trochę dłużej) i ma delikatny miąższ i skórkę. Moim zdaniem był odrobinę za mało słony i nie wiem, czy jest to kwestia zawartości soli w soli, czy indywidualnego smaku, ale następnym razem dodam dwie całe łyżeczki soli zamiast jednej i pół z oryginalnego przepisu. Wybrałam wersję koszykową (za którą przepadam ostatnio :)) i z dumą obserwowałam, jak bochenek pęcznieje w piecu, niczym nadmuchiwany balonik :) I chyba w końcu nauczyłam się nacinania (po licznych testach i poszukiwaniach, idealnym sprzętem do tego celu okazał się techniczny, ułamywany nożyk :))! Ostatecznie, wiejski chleb grecki bohatersko uratował rodzinę przed świątecznym śniadaniem bez pieczywa, a ja polecam go wielbicielom białego pieczywa i greckich smaków. Wspaniale pasuje jako dodatek do zup.



Wiejski chleb grecki (pszenno-kukurydziany):

450 g mąki pszennej,
20 g mąki kukurydzianej,
30 g mąki pszennej razowej,
1,5 łyżeczki drożdży suszonych (instant),
1 łyżeczka cukru,
2 łyżeczki soli,
1 łyżka oliwy,
ok. 350 ml wody

Mąkę wymieszać z ok. 300 ml wody i pozostawić na ok. 20 min., aby wchłonęła płyn. Następnie wyrabiać 10-12 minut, stopniowo dolewając resztę wody. Pod koniec wyrabiania dodawać kolejno drożdże, cukier, sól i oliwę. Ciasto powinno być delikatne, dość luźne i nie dać się łatwo rozerwać. Jeżeli jest za gęste lub rzadkie, dodać w razie potrzeby wody lub mąki.

Przykryć szczelnie i pozostawić do wyrośnięcia na 2-3 godziny. W połowie czasu wyrastania, wyjąć ciasto, odgazować, rozciągnąć i ponownie uformować kulę.

Lekko wyrośnięte ciasto jeszcze raz odgazować, uformować kulę lub bochenek i przełożyć do wysmarowanej oliwą formy lub posypanego mąką ziemniaczaną koszyka i pozostawić do ponownego wyrośnięcia na 1-2 godziny.

Około 30 minut przed pieczeniem rozgrzać piekarnik do 200 stopni C. Bochenek ponacinać (ten który rósł w koszyku, najpierw przełożyć na blachę lub rozgrzany kamień do pieczenia). Delikatnie spryskać wodą piekarnik i włożyć chleb. Piec 40 ok. minut do zarumienienia.




niedziela, 9 stycznia 2011

Tarta pekanowa z czekoladą i whisky



Zrobiłam sobie mały, osobisty czekoladowy weekend :) Ilość czekolady zjedzonej w ciągu ostatnich dni, jak na moje preferencje i możliwości, jest dość kontrowersyjna i wróży chyba jeszcze długą zimę przed nami ;) Bo tarta z czekoladą była tylko jedną falą czekoladowej rzeki, która przepłynęła wczoraj i dzisiaj, obok czekolady do picia (ze szczyptą chili oczywiście :)) i czekoladowych pralinek, podjadanych ustawicznie z mikołajowej puszki.

Tarta pekanowa czekała od dawna na taką okazję. Widziałam różne jej wersje - bardziej lub mniej kuszące, ale wszystkie zwiastowały rychły wyrok paczce pekanów, która od pewnego czasu zalegała w szafce. Ta z whisky (w amerykańskiej wersji z burbonem) przekonała mnie w końcu do ostatecznego rozprawienia się z orzechową nadwyżką i to było bardzo dobre posunięcie.
Zima, co robić...? Organizm domaga się endorfin - napisała mi przed chwilą koleżanka :) Dlatego chyba nie będzie to szczytem rozpusty, kiedy sięgnę po jeszcze jeden kawałek? ;)

Aha, tę whisky w cieście naprawdę czuć, więc uważajcie na dzieci ;)

Siema!



Tarta pekanowa z czekoladą i whisky:

kruchy spód -
250 g mąki,
125 g masła,
1 jajko,
1 łyżeczka soli,
2 łyżeczki cukru pudru,
ok. 40 ml zimnej wody

nadzienie -
1/2 szkl. jasnego cukru brązowego (demerary),
3/4 szkl. miodu,
2 łyżki melasy,
2 duże jajka,
1 białko,
1 łyżka stopionego masła,
3 łyżki mąki,
1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego,
2 łyżki whisky,
szczypta soli,
2/3 szkl. połówek orzechów pekan (można użyć też orzechów włoskich)

100 g czekolady deserowej,
1 łyżka masła,
3-4 łyżki mleka lub słodkiej śmietanki

Wszystkie składniki na kruchy spód posiekać i szybko zagnieść. Uformować kulę, owinąć w folię i zostawić w lodówce na przynajmniej godzinę.

Jajko i białko na nadzienie ubić lekko trzepaczką. Dodać miód (jeżeli jest scukrzony, można rozpuścić go razem z masłem), masło, melasę, cukier, sól, mąkę i ekstrakt waniliowy. Wszystko wymieszać do uzyskania jednolitej masy. Na koniec dodać whisky i pekany.

Schłodzone kruche ciasto rozwałkować na posypanej mąką stolnicy. Ciastem wykleić dno i boki formy do tarty (o średnicy ok. 21-23 cm). Wlać przygotowane nadzienie z pekanami. Piec 45 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni (po 25 minutach pieczenia przełączyć ustawienia piekarnika na pieczenie od spodu).

Czekoladę z masłem i mlekiem rozpuścić w kąpieli wodnej. Wymieszać do uzyskania jednolitej i lśniącej polewy (można dodać więcej mleka, jeżeli czekolada jest za gęsta). Polać upieczoną i wystudzoną tartę.



czwartek, 6 stycznia 2011

Sałatka z dzikiego ryżu z indykiem i żurawiną



Witajcie w nowym roku! :) Chociaż rozpoczął się hucznie już prawie tydzień temu, jeszcze nie miałam okazji złożyć Wam noworocznych życzeń, co niniejszym zamierzam uczynić :) Życzę Wam, żeby kolejne dwanaście miesięcy zaskakiwało Was tylko i wyłącznie pozytywnie, żeby wszystko co zrobicie przynosiło Wam radość i satysfakcję, a Wasze kuchnie były miejscem kulinarnych cudów i odkrywania nowych, fascynujących smaków. Dziękuję Wam również za wszystkie świąteczne i noworoczne życzenia i pamięć.

Mam nadzieję, że przyjemnie i spokojnie spędziliście ostatnie dwa tygodnie. Prawdę mówiąc, zrobiłam sobie mały świąteczny urlop od blogowania, na rzecz przeczytania zaległych książek, obejrzenia piętrzących się zaległych filmów i odkładanych wcześniej spotkań z przyjaciółmi. Do tego, po tradycyjnym świątecznym przejedzeniu i chwilowej niechęci do bliższych, kuchennych spotkań z garnkami i piekarnikiem ;) kulinarne blogowanie zeszło na drugi tor. Święta mają swoje prawa i za każdym razem trochę mi żal, że tak szybko się kończą. Dlatego dzisiejszy wpis, w jakże miłym w tym roku, wolnym dniu Trzech Króli, jest ostatnim w świątecznym klimacie, aby jeszcze raz poczuć zapach choinki, pierniczków, świątecznych świec i całego tego zamieszania, na które pozostaje nam czekać znów do kolejnego grudnia.



Przy okazji mam dla Was okołoświąteczny przepis, pomysłu świątecznej Nigelli, który naprawdę świetnie ratuje sytuację, kiedy zmęczony trzydniowym maratonem żołądek prosi o wyrozumiałość i kiedy na przekór temu, wciąż czają się w lodówce resztki pieczeni i innych przysmaków, domagających się zainteresowania. Sałatka z dzikiego ryżu zagospodarowała kawałek pieczonego indyka, który został z obiadu, ale jestem przekonana, że z pieczonym kurczakiem, kaczką czy gęsią będzie smakować równie dobrze. Suszona żurawina, która wygląda jak choinkowe światełka :) i orzechy nadają jej świątecznego sznytu. Jako podstawy sałatki użyłam pół na pół ryżu brązowego i ryżu dzikiego o długich, cieniutkich ziarenkach, który z botanicznego punktu widzenia ryżem właściwie nie jest, bo są to nasiona trawy, ale za to jest dużo bogatszy w proteiny i inne składniki odżywcze i wzbogaca całość wyrazistym, orzechowym smakiem.
Z miseczką sałatki w ręku wraz z kocią asystentką, jeszcze raz życzę Wam miłego, świątecznego dnia i z radością wracam do mojej kuchni na kolejny rok, mam nadzieję udanego blogowania :)



Sałatka z dzikiego ryżu z indykiem i żurawiną:
(3-4 porcje)

250 g dzikiego ryżu,
50 g suszonej żurawiny,
250 g zimnego pieczonego indyka,
1 łyżka sosu lub galaretki żurawinowej (lub aroniowej),
1 łyżka soku z limonki,
30 ml oliwy,
50 g orzechów pekan lub włoskich,
garść posiekanej natki pietruszki

Ryż ugotować do miękkości i wystudzić. Dodać suszoną żurawinę (wcześniej sparzyłam ją wrzątkiem), kawałki mięsa indyka i wymieszać widelcem.
Sos żurawinowy lub aroniowy wymieszać trzepaczką z sokiem z limonki i oliwą. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Przygotowanym dressingiem polać ryż z indykiem i żurawiną. Dodać połówki orzechów i połowę natki pietruszki. Wymieszać, przełożyć na półmisek i posypać resztą zielonej pietruszki.





  © Blogger template 'Morning Drink' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP