czwartek, 31 marca 2011

Rybne curry



... czyli oswajania ryby ciąg dalszy :)
Ostatnim razem twierdziłam (i przyznaliście mi rację :)), że dobra ryba nie wymaga szczególnej obróbki i im prościej jest przyrządzona, tym lepsza. Właściwie wystarczy jej sól, pieprz, kilka kropel cytryny i gałązka świeżych ziół. Niby tak, ale gdyby tak tę rzecz zagmatwać, aż do stopnia niesłychanego...? ;)

Mieszanka kolendry, kuminu, kurkumy, imbiru, ostrych papryczek chili, szalotek, liści kaffir i trawy cytrynowej to prawdziwa bomba smaków i aromatów. Do tego słodkie pomidory i delikatne mleczko kokosowe i już jesteśmy po drugiej stronie orbity tego, co można nazwać prostym smakiem. Bo to smak głęboki, złożony i wyrazisty, jak wszystkie inne kombinacje azjatyckiego curry, a mimo wszystko ryba czuje się w nim jak ryba w wodzie :) Bardzo lubię tę odrobinę egzotyki w mojej kuchni i bardzo się cieszę, że oto udało mi się wplątać w nią kolejną rybę :)

Przygotowanie rybnego curry (nie przerażajcie się ilością przypraw i składników wymienioną wyżej ;)) jest szybkie i proste, o ile skorzystacie z gotowej pasty curry dobrej jakości, której znalezienie nie jest już u nas problemem. Ja użyłam pasty czerwonej, ale równie dobrze smakuje curry z pastą żółtą lub zieloną. Można ominąć też mleczko kokosowe, ale nadaje ono daniu takiej cudownej aksamitności, że osobiście nie zrezygnowałabym z niego za nic w świecie, co i Wam polecam :)



Rybne curry:

500 g filetów z ryby o białym mięsie (np. dorsza, morszczuka lub soli),
1 cebula,
2 ząbki czosnku,
1,5 łyżki czerwonej pasty curry,
400 g pomidorów z puszki lub 3-4 pomidory świeże,
2 łyżeczki soku z cytryny,
300 ml mleka kokosowego,
garść posiekanej kolendry lub natki pietruszki,
pieprz, sól

Pokrojoną w piórka cebulę wrzucić na rozgrzany wok z dwiema łyżkami oleju. Smażyć aż lekko zmięknie i dodać posiekany czosnek. Następnie dodać pastę curry i smażyć, aż powstanie silny aromat. Dodać pomidory pokrojone w dużą kostkę i na koniec wlać mleko kokosowe. Doprawić do smaku solą i pieprzem i gotować całość przez chwilę na mniejszym ogniu, aż smaki połączą się ze sobą. Filety ryby pokroić w dużą kostkę, delikatnie włożyć do gotującego się curry, dodać sok z cytryny i gotować na małym ogniu kolejne 5-10 minut, aż ryba będzie gotowa. Curry przełożyć do naczynia do podawania i posypać posiekaną natką kolendry lub pietruszki.
Podawać z ryżem gotowanym na parze lub/i chlebkami naan lub czapati.



poniedziałek, 28 marca 2011

Ciasto cytrynowe Janie



Dziękuję Wam za wszystkie zgłoszone propozycje przepisu na Wasze "ciasta z wody". Miałam niemały dylemat z wyborem tylko dwóch, bo sama, obdarowana takimi wypiekami przebaczyłabym największe przewinienie w mgnieniu oka :) Jednak książkę Weranda pełna słońca chciałabym podarować Joli, za słoneczne ciasto z likierem jajecznym i brzoskwiniami oraz Fuchsi, za różany sernik z rachatłukum, który z powodzeniem zastąpić może najpiękniejszy bukiet kwiatów. Dziewczyny, proszę Was o kontakt mailowy :)

Zastanawiałam się nad własnym wyborem "ciasta z wody" i pewnie byłaby to często wymieniana również przez Was drożdżówka, której już sam aromat ma moc oczyszczająco-uzdrawiającą nawet w najgęstszej atmosferze albo proste ciasto ze świeżymi owocami. Z kolei wyborem bohaterki książki był placek cytrynowy "słodki, ale nie mdły. Skromny, ale wymowny. Mówi, że miałam rację, ale nie miałam prawa powiedzieć tego, co powiedziałam". Autorka książki zamieszcza kilka przepisów przewijających się w opowieści, między innymi na "ciasto z wody" Janie :)


Ciasto cytrynowe Janie:


0,5 szkl. (100 g) margaryny (dodałam masło),
1 szkl. cukru,
3 jajka,
1 łyżeczka soku cytrynowego,
2 łyżeczki startej skórki cytrynowej,
2 szkl. mąki,
3,5 łyżeczki proszku do pieczenia,
1 łyżeczka soli,
1 szkl. kwaśnej śmietany

lukier cytrynowy -
0,5 szkl.. miękkiego masła,
4 szkl. cukru pudru,
4-5 łyżeczek soku cytrynowego

Rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Posmarować tłuszczem i lekko obsypać mąką dwie okrągłe blachy o średnicy 25 cm (piekłam w prostokątnej blaszce). Miksować wszystkie składniki do momentu otrzymania jednolitej masy. Piec około 20-30 minut na złoty kolor. Po ostygnięciu polać ciasto lukrem.

Masło na lukier utrzeć z cukrem na jednolitą masę. Dodawać po jednej łyżeczce soku cytrynowego, aż do otrzymania odpowiedniej konsystencji.

Książkowy lukier to rodzaj pomady. Lżejszy i bardziej cytrynowy lukier najłatwiej zrobić ucierając sok cytrynowy z cukrem pudrem, do uzyskania pożądanej konsystencji.

środa, 23 marca 2011

Chrupiące rozetki ryżowe (i banany w cieście)



Rozetki to nazwa oficjalna. Ja byłam umówiona na "maczanki" :) Wiem, wiem, miałam już skończyć z ciastkami smażonymi w głębokim oleju, jako że karnawał już dawno za nami, ale w tym przypadku nie mogłam odmówić, bo przyjaciołom się nie odmawia :) Zresztą były to bardziej maczankowe warsztaty z degustacją niż rozpustne objadanie się, bo muszę przyznać, że takie ciasteczka robiłam po raz pierwszy, chociaż smak rozetek z ciasta naleśnikowego był mi znany. Niestety (jeszcze ;)) nie jestem szczęśliwą posiadaczką metalowej, maczankowej foremki, bez której akcja "rozetki" nie może się udać, dlatego byłam bardzo ciekawa jak to działa w praktyce, a przede wszystkim koniecznie chciałam wypróbować przepis wygrzebany już dawno w książeczce przywiezionej z końca świata (Indonesian cakes & desserts).



Okazało się, że jak wszystko co pierwsze, wychodzi raz lepiej raz gorzej i tak samo najpierw trzeba było opanować i opracować technikę maczania i smażenia :) Zrobiłyśmy dwa rodzaje ciasta - standardowe naleśnikowe i azjatyckie - ryżowo-kokosowe. Rozetki ryżowe wygrały zdecydowanie, przynajmniej w moim prywatnym rankingu. Ciasteczka, niezwykle cienkie i delikatne w smaku, przypominały chrupiące andruty. O wiele mniej nasiąkały tłuszczem i smakowały równie dobrze dzień później, w przeciwieństwie do lekko sczerstwiałych i suchych rozetek "naleśnikowych". Wymyśliłam przy okazji parę innych zastosowań deserowych takich rozetek, bo są równie smaczne, co dekoracyjne i już rozglądam się za zestawem foremek :)



Chrupiące rozetki ryżowe:

1 szkl. mąki ryżowej,
1 jajko,
2 łyżki cukru,
150 ml (2/3 szkl.) mleka kokosowego,
szczypta soli,
olej do smażenia

Mąkę, jajko, cukier, mleko kokosowe i sól zmiksować na gładką masę.

W rondelku lub głębokiej patelni rozgrzać olej razem z końcówką foremki do smażenia rozetek.
Kiedy olej i foremka są dobrze rozgrzane, zanurzać foremkę najpierw w cieście, uważając aby nie zanurzyć jej w całości, później w oleju. Smażyć przez chwilę, aż ciasto odlepi się od foremki i lekko zarumieni się. Wyjmować usmażone ciasta na papierowy ręcznik do odsączenia z nadmiaru tłuszczu.

Gotowe rozetki można oprószyć cukrem pudrem lub cukrem cynamonowym.


Banany w cieście ryżowo - kokosowym



Kiedy została nam końcówka ciasta ryżowego, w której nie udawało się już zanurzyć całej foremki, postanowiłyśmy utopić w niej kawałki banana i usmażyć w gorącym jeszcze tłuszczu. Wyszedł fantastyczny deser, który zasługiwał na zdecydowanie większą uwagę, niż nam się na początku wydawało :) Smażone banany same w sobie są pyszne, a ciasto ryżowo-kokosowe w roli panierki to strzał w dziesiątkę. Najlepsze oczywiście na ciepło.




wtorek, 22 marca 2011

Twoje "ciasto z wody" :) (konkurs)



Pierwszy dzień wiosny przywitał mnie mało optymistycznie (pomijając fakt, że to poniedziałek ;)) pochmurnym, mglistym porankiem, aby później, nieoczekiwanie zmienić się w prawdziwie wiosenne, skąpane w słońcu popołudnie. Często życie pisze podobne scenariusze i kiedy mamy wrażenie, że już na zawsze przesłoniła je czarna chmura nieszczęść i problemów, nagle pojawia się promyk słońca, który budzi nadzieję i przedstawia sytuację, w której się znaleźliśmy w zupełnie innym świetle.

O tym właśnie jest książka Juliette Fay, pt. Weranda pełna słońca. Dotychczasowe poukładane i wypełnione szczęściem życie Janie w jednej chwili rozpada się na drobne kawałki, kiedy w wypadku ginie jej ukochany mąż. Zostaje sama z dwójką małych dzieci i oprócz tego, że odtąd w pojedynkę musi sprostać dużym i małym problemom dnia codziennego, musi nauczyć się również obcowania z otaczającym ją światem, którego właściwie nie znała, dotychczas zamknięta pod kloszem swojego osobistego szczęścia. Nie jest to proste zadanie i często zdarza się jej popełniać gafy i ranić życzliwe jej osoby. Wtedy zawsze wyjściem z trudnej sytuacji staje się "ciasto z wody".

Motyw ciasta przewija się przez całą opowieść. Ciastem (bananowym w ilościach hurtowych ;)) zasypują Janie sąsiedzi, w pierwszych tygodniach po tragedii, z ciastem wpada na wizyty kontrolne natrętna ciotka Jude, a także sympatyczny kuzyn Cormac, który jest właścicielem cukierni. "Ciasto zgody", przekształcone dziecięcym przejęzyczeniem na "ciasto z wody", stało się rodzinnym synonimem przeprosin.

Nie istnieje uniwersalna formuła przeprosin, którą można wygłaszać za każdym razem, gdy kogoś zranimy. Prawdę mówiąc, często okazuje się, że liczą się nie słowa, ale szczerość okazanej skruchy i próba naprawienia winy w sposób indywidualny dla każdego z nas. Dlatego właśnie nie ma jednej recepty na "ciasto w wody". To od nas zależy, jaki wypiek uznamy za stosowny w danej sytuacji. Najważniejsze, by w jego wykonanie włożyć całe swoje serce.

Jeżeli macie ochotę na zabawę w wymyślenie swojego własnego "ciasta z wody" i poznania całej historii Janie, mam do rozdania dwa egzemplarze książki, dla tych, którzy zaproponują najciekawsze przepisy na "ciasto na przeprosiny". Możecie opublikować je na swoich blogach i przysłać link lub wysłać przepis (i zdjęcie, jeżeli macie ochotę) na mój adres e-mail lub zostawić w komentarzu. Na Wasze propozycje czekam do
niedzieli 27 marca, a w poniedziałek ogłoszę wyniki.
Powodzenia :)


poniedziałek, 14 marca 2011

Marchewka pieczona w foliowej torebce



Lubicie duszoną marchewkę? Bo ja nie :) Duszona marchewka to zmora mojego dzieciństwa i jedno z niewielu dań, do których nie przekonałam się do tej pory. Co prawda nie uciekam w popłochu na jej widok, ani nie oddaję jej nieelegancko w całości na opróżnionym z reszty zawartości talerzu, ale zjadam bez jakiejkolwiek przyjemności. Mam to po babci ;) Babcia, mimo że była niekwestionowanym mistrzem w przyrządzaniu tej przystawki, sama zawsze sprytnie wymigiwała się od jej konsumowania. Prawda jest taka, że gotowana do miękkości lub duszona marchew (nie daj Boże zaprawiona dodatkowo śmietaną lub/i mąką) traci wszystkie walory, które najbardziej w niej cenię. Jej kruchość, soczystość, ba, nawet energetyzujący kolor - wszystko idzie na zatracenie w garnku z pokrywką, zamieniając jedno z najsmaczniejszych warzyw w mazistą, słodkawą paciaję (z góry przepraszam wielbicieli duszonej marchewki! ;D)

Niedawno odkryłam jednak, że rzecz ma się zupełnie inaczej, kiedy marchewka się piecze. I mimo że dalej pozostanę przy swoim, że marchewki duszonej nie lubię, marchewka pieczona w folii jest ostatnio moją ulubioną obiadową przystawką :) Bardzo przypasował mi przepis Jamiego Olivera z Ministry of Food i połączenie marchwi z rozmarynem i pomarańczą. Dla mięsożernych w oryginalnym przepisie jest jeszcze boczek, który bez żalu pominęłam. Marchew pieczona w ten sposób przez godzinę jest "al dente", zachowuje swój kształt i soczystość, a czosnek, rozmaryn i pomarańcza podkreślają tylko jej naturalny smak. Jako alternatywę dla nielubiejących marchewki duszonej i nie tylko - polecam gorąco :)



Marchewka pieczona w foliowej torebce:

800 g marchwi,
2 ząbki czosnku,
sok i skórka otarta z jednej pomarańczy,
2 gałązki świeżego rozmarynu (lub 2 łyżeczki suszonego),
1 łyżeczka marmolady (u mnie dyniowo-imbirowa, ale świetnie pasuje też pomarańczowa i morelowa),
2 łyżki masła,
sól, pieprz

Marchewki obrać i pokroić w mniej więcej centymetrowe kawałki. Czosnek i listki rozmarynu posiekać i wymieszać z marchewką. Dodać skórkę pomarańczową, oprószyć solą i pieprzem.

Z rolki folii aluminiowej odciąć kawałek o około 60 cm długości. Złożyć na pół. Rozłożyć ponownie i na środku jednej połowy ułożyć marchew z przyprawami oraz dwie łyżki mała i łyżeczkę marmolady (najlepiej robić to bezpośrednio na blasze lub w naczyniu, którym będziecie piekli marchew). Całość przykryć drugą połową folii i zamknąć dwa otwarte boki, zawijając je do góry i tworząc torebkę. Na końcu wlać do środka sok pomarańczowy i zamknąć foliową torebkę, podobnie zawijając bok folii do góry.

Rozgrzać piekarnik do 200 stopni. Piec marchew w torebce około godziny. Po tym czasie ostrożnie otworzyć folię i przełożyć marchew wraz z powstałym sosem do naczynia do serwowania.




czwartek, 10 marca 2011

Dorsz w maśle pomarańczowym i patelnia z kominkiem



Coś mi się wydaje, że oto rozpoczynam moją wielką przygodę z rybami :) Powodów tego stanu rzeczy jest przynajmniej kilka - warsztaty kulinarne, które były pozytywnym impulsem, rozpoczynający się właśnie okres postu, jako świetna okazja do zaproszenia większej ilości dań rybnych do codziennego menu i nowy sprzęt kuchenny, o którym za chwilę. Ale przede wszystkim powoli zaczynam rozsmakowywać się w rybach, rozróżniać ich smaki i rodzaje, testować połączenia z ziołami, przyprawami, warzywami i owocami. Opowiadałam już kiedyś, że bardzo długo żyłam w narzuconym sobie przekonaniu, że ryb nie lubię. Do czasu. Do czasu, kiedy przypadkowo miałam okazję spróbowania dań, które zupełnie odmieniły moje myślenie o rybach. Jednym z nich była, pokazywana już kiedyś ryba w mleku kokosowym, a drugim - ryba w maśle pomarańczowym, którą poznałam w kuchni górskiego pubu w Kumbrii, o którym opowiadałam Wam przy okazji daktylowego puddingu.
Ryby przyjeżdżały kilka razy w tygodniu o świcie, zanim jeszcze słońce pojawiło się nad górskimi szczytami. Poza importem w postaci m.in. ogromnych płatów tuńczyka, łososia, dorodnymi krewetkami królewskimi i malutkimi koktajlowymi, przybywały "lokalne" ryby, często łowione przez miejscowych w krystalicznie czystych górskich jeziorkach (w końcu mieszkaliśmy w centrum Lake District :)) Te nie wymagały szczególnej obróbki - oprószone solą i pieprzem i obłożone masłem pomarańczowym, wędrowały prosto pod rozgrzane grzałki grilla. Smakowało tak, że nawet rybna ignorantka, jaką jeszcze wówczas byłam, musiała przyznać, że dotyka właśnie kulinarnego nieba.



Postanowiłam odtworzyć ten smak, jednak bez użycia grilla, ale na patelni.
Rzadko daję namówić się na testowanie sprzętów i produktów. Tym razem trzy magiczne określenia - zdrowe gotowanie na parze, nieprzywierająca powierzchnia i ograniczenie ilości tłuszczu, w przypadku patelni sprawiły, że ciekawość zwyciężyła :) A chodzi o pierwszą w mojej kuchni patelnię z kominkiem ;) Włoska patelnia Dry Cooker firmy Delimano, to rzeczywiście mała rewolucja. Ceramiczna powłoka to koniec z przywierającymi kotletami, ryżem, ziemniakami, nawet jeżeli ilość tłuszczu, na którym smażymy ograniczy się do zera. Ale największym "czary-mary" jest ów dziurawy kominek i szklana, szczelna pokrywka. Dzięki równomiernemu obiegowi powietrza i wytwarzającej się pary patelnia przykryta zamienia się w świetny parowar, a bez pokrywki - smaży jak należy - bez przywierania na złoto i chrupiąco. Podobno można na niej upiec ciasto i robić inne cuda (od razu pomyślałam o "dziurawych" naleśnikach na naleśnikowy torcik ;)) czego na pewno nie omieszkam przetestować. Na razie mój dorsz w maśle z patelni wyszedł fantastycznie i na pewno nie była to ostatnia rybna uczta w tym poście :)



Dorsz w maśle pomarańczowym:

dorsz w całości lub świeży filet z dorsza,
sok i skórka otarta z połowy cytryny,
skórka otarta z połowy pomarańczy,
szczypta brązowego cukru,
garść świeżego tymianku,
sól, świeżo zmielony pieprz

masło pomarańczowe -
100 g masła,
skórka, sok i miąższ z połowy pomarańczy

Oczyszczonego dorsza lub filety dorsza skropić z obu stron i od środka sokiem z cytryny. Oprószyć solą, pieprzem, cukrem, tymiankiem i skórką otartą z cytryny i pomarańczy. Przełożyć na talerz lub owinąć folią i zostawić w lodówce na 2-3 godziny.

Miękkie masło wymieszać z sokiem, skórką i miąższem pomarańczy. Można to zrobić wcześniej i masło przechować w lodówce. Można też zrobić trochę więcej masła pomarańczowego albo nie martwić się jak zostanie, bo wspaniale smakuje z drożdżówką lub świeżym chlebem z miodem :)

Zamarynowanego dorsza obłożyć w środku i na wierzchu masłem pomarańczowym. Smażyć, ugotować na parze (w folii) lub upiec pod grillem - w każdym wariancie smakuje niebiańsko :)



niedziela, 6 marca 2011

Twarogowe pączki z jabłkiem



Wyjątkowo długi karnawał w tym roku miał swoje dobre i złe strony (przy czym ta dobra jest bezpośrednią przyczyną tej złej ;)) Zdążyłam wypróbować prawie wszystkie karnawałowe słodkości, co rzadko zdarza mi się w ciągu jednego roku - od faworków, kruchych śniegowych kul, tradycyjnych tłustoczwartkowych drożdżowych pączków, po serowe oponki. Nie mam pojęcia, co na to moja waga, co jest niestety tą złą stroną karnawałowych uciech, a której na razie profilaktycznie nie podejmuję się sprawdzać i potwierdzać (od środy dieta oczyszczająca i odcukrzająca!! ;)) Bo to już naprawdę ostatnie w tym roku pączki - mini pączki twarogowe nadziane kulką papierówki, zakonserwowanej latem w syropie.

Pączki i oponki z serowego ciasta, to mój faworyt w rankingu smażonych w głębokim tłuszczu karnawałowych słodkości. Lubię je dużo bardziej niż faworki i prawie na równi z dobrymi, puchatymi pączkami drożdżowymi i do tego mam do nich podwójny sentyment, bo mimo tego, że regularnie smażę je w zapusty, jeszcze mocniej kojarzą mi się z wakacjami nad morzem :) Na zawsze zapamiętam trzy zapachy, które sprawiały, że gwałtownie przyspieszałam kroku, maszerując na plażę z ośrodka wczasowego w Kątach Rybackich, w których często spędzałam wakacje, ogarnięta radością, że za chwilę zobaczę ukochane morze - był to zapach morskiej bryzy, zapach ryb smażących się w przyplażowych smażalniach i słodki zapach małych pączków serowych, sprzedawanych z ruchomego stoiska tuż przy plaży. Zwykle nie udawało się przejść obok bez zaopatrzenia się w papierową torebkę słodkich kulek :)

Tym razem wypróbowałam ciasto twarogowe trochę inne od tego, które znam od dzieciństwa. Nie ma w nim jajek i masła (chociaż opcjonalnie jajkiem można zastąpić mleko), ale mleko i olej. Ma delikatną, wilgotną strukturę, przypominającą ciasto drożdżowe i równie dobrze sprawdza się smażone w głębokim tłuszczu, jak i pieczone, np. z nadzieniem owocowym. Pączki dodatkowo nadziałam jabłkiem (żeby nie było nudno ;)) a w roli tego nadzienia świetnie sprawdziły się moje korzenne, papierówkowe kulki. To już naprawdę ostatnie pączki w tym roku! ;)



Twarogowe pączki z jabłkiem:

300 g mąki,
3 łyżeczki proszku do pieczenia,
szczypta soli,
70 g cukru,
10 g cukru waniliowego,
skórka otarta z połowy pomarańczy,
150 g twarogu,
100 ml mleka,
100 ml oleju roślinnego

2-3 jabłka lub jabłka w syropie,
1 łyżka rumu

olej do smażenia,
cukier puder

Mąkę przesiać i wymieszać z proszkiem do pieczenia, solą, cukrem i cukrem waniliowym. Dodać twaróg (nie musi być mielony - wystarczy rozgnieść go widelcem), skórkę pomarańczową, mleko i olej. Zagnieść gładkie ciasto. Nie należy zagniatać długo, ponieważ, podobnie jak ciasto ziemniaczane (np. na kopytka), długo zagniatane staje się kleiste.

Gotowe ciasto rozwałkować na ok. pól centymetra grubości i wykrawać niewielkie krążki.
Jabłka obrać i podzielić na cząstki (najlepiej kulki), jeżeli używacie świeżych lub osączyć, jeżeli są w syropie, po czym skropić rumem.
Na połowę krążków ciasta ułożyć po kawałku jabłka, przykryć pozostałą połową krążków i uformować kulki.

Olej do smażenia rozgrzać do około 180 stopni. Smażyć pączki na złoto z każdej strony, wyjąć na papierowy ręcznik i osączyć z tłuszczu. Jeszcze ciepłe pączki posypać cukrem pudrem.
Najlepiej smakują lekko ciepłe.





środa, 2 marca 2011

Zupa krem z pora i pomarańczy



Czy również macie co roku takie złudne nadzieje, że od 1 marca, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki od razu nastanie wiosna? :) Jest jaśniej, słoneczniej i weselej, ale niestety wciąż jeszcze ranek wita nas lodowatym powiewem i zalegającym śniegiem. Bilans to 1:1 dla zimy i wiosny. W każdym razie nie czas jeszcze żegnać się z ocieplaną kurtką i kozakami i nie czas na orzeźwiające i lekkie dania. Ale to najlepsza pora na pora.

Jeśli lubicie krem porowo-ziemniaczany, to spróbujcie koniecznie tej wyrafinowanej wariacji na jego temat. Zupa jest tak samo prosta i szybka w przygotowaniu, jak jej podstawowa wersja, ale dodatek soku pomarańczowego i pierzynka z zapiekanej pomarańczowej śmietanki nadają jej smakowi subtelności i wytwornej elegancji. W końcu to Francja-elegancja, bo przepis zaczerpnięty ze zbiorów akademii Le Cordon Bleu :) I chociaż, jak na francuską recepturę przystało, śmietana i masło są jej podstawą, daję słowo, że dla tego smaku warto na chwilę przymknąć oko na dietę - szczególnie teraz - póki zima trzyma ;)



Zupa krem z pora i pomarańczy:

500 g porów (tylko białe części),
150 g ziemniaków,
1 l bulionu z kurczaka (w wersji wegetariańskiej warzywnego),
300 ml śmietany (użyłam słodkiej 18%),
1 pomarańcza (sok i otarta skórka),
30 g masła,
sól, świeżo zmielony pieprz czarny,
200 ml śmietanki kremowej (30%),
1 łyżka likieru cointreau (opcjonalnie)

Pory pokroić w cienkie plasterki, a obrane ziemniaki w małą kostkę. Masło roztopić w garnku ustawionym na małym ogniu. Dodać pory ze szczyptą soli i dusić na małym ogniu około 10 minut, aż warzywa zmiękną.
Dodać ziemniaki, wymieszać i dusić razem kolejne 3 minuty, następnie wlać bulion i sok wyciśnięty z połowy pomarańczy i gotować 20 minut. Dodać śmietanę (18%), wymieszać i gotować kolejne 10 minut.
Ugotowaną zupę zmiksować blenderem na gładki krem. Przyprawić do smaku solą i pieprzem.

Śmietankę kremówkę ubić na sztywny krem. 1 łyżkę soku wyciśniętego z pomarańczy lub likieru cointreau wymieszać ze skórką otartą z pomarańczy i delikatnie połączyć z bitą śmietaną.

Rozgrzać piekarnik lub opiekacz z grillem. Zupę rozlać do żaroodpornych miseczek i na jej powierzchni ułożyć porcję pomarańczowej bitej śmietany i wstawić do piekarnika lub pod grill i zapiec do uzyskania delikatnie brązowego koloru. Przed podaniem posypać świeżo zmielonym pieprzem i udekorować skórką pomarańczową i ziołami.



  © Blogger template 'Morning Drink' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP