sobota, 30 lipca 2011

Konfitura porzeczkowo-malinowa



I jak idzie Wam pakowanie lata w słoiki? ;) Z całego ogromu minusów, wynikających z takiej a nie innej lipcowej pogody w tym roku, znalazłam jeden plus - całe to wielogodzinne drylowanie, odszypułkowanie, mieszanie, przelewanie i pasteryzowanie, w przytulnej kuchni wydaje się całkiem przyjemne, kiedy za oknem pochmurno i deszczowo :)

Z ostatnich w tym roku czerwonych porzeczek zrobiłam konfiturę. Prosta porzeczkowa galaretka jest świetną bazą dla wieloowocowych konfitur. Tym razem połączyłam porzeczki z malinami, ale każde inne owoce jagodowe pasowałyby tu równie dobrze, a porzeczki czarne, jagody czy jeżyny dodatkowo stworzyłyby w słoikach pewnie interesujące kompozycje kolorystyczne :) U mnie na razie monochromatycznie, z małymi wyjątkami w postaci słonecznych (sic.!) malin żółtych.



Konfitura porzeczkowo-malinowa:

1 kg czerwonych porzeczek,
ok. 50 dkg malin,
1 kg cukru,
kawałek kory cynamonowej,
1 laska wanilii,
50 ml czystej wódki (najlepiej owocowej)

Odszypułkowane i umyte porzeczki przełożyć do płaskiego garnka, dolać 120 ml wody i zagotować. Kiedy owoce zaczną się rozpadać, przecenić i przetrzeć przez gęste sitko. Sok ponownie wlać do garnka, dodać cukier, cynamon i wanilię, zagotować. Odstawić na kilkanaście minut i zagotować ponownie. Powtarzać czynność jeszcze 2-3 razy, aż sok zgęstnieje i zacznie się żelować (najlepiej zrobić test wylewając odrobinę galaretki na zimny talerzyk). Dodać maliny i gotować na dużym ogniu 4 minuty. Garnek zdjąć z ognia, wyjąć korę cynamonową i laskę wanilii. Dodać wódkę, wymieszać i gorącą konfiturą napełniać wyprażone słoiki.





Ostatnio spadł też na mnie deszcz wyróżnień w blogowej zabawie pod hasłem One Lovely Blog Award :) Bardzo dziękuję Aleex, Emmie, K., Pieczarce Mysi, Karolce, Joon i pe.es za taką miłą nagrodę i z góry przepraszam, że nie kontynuuję zabawy! :)






wtorek, 26 lipca 2011

Soczewicowe pulpeciki bhuja, kokosowe barfi i Tygrysie Wzgórza



Wyobrażacie sobie wakacje bez książki? Bo ja absolutnie nie :) Książka jest takim samym niezbędnikiem wyposażenia wakacyjnego plecaka jak bilet, paszport i szczoteczka do zębów. Wcale nie musi być nowa i bardzo ambitna, bo pociągowy przedział, dworzec i plaża nieszczególnie sprzyjają dogłębnym analizom naukowym. Musi być lekko i przyjemnie, jak na letni wypoczynek przystało i pewnie dlatego pół świata przejechali ze mną beztroscy paisanos z Tortilla Flat Steibecka na zmianę z trzema panami w łódce (nie licząc psa ;)) Jerome'a :) Wstęp do mojego plecaka mają też dzienniki z podróży i opowieści umiejscowione w egzotycznych zakątkach świata. Tegoroczne wakacje na pewno zapadną mi w pamięć za sprawą Tygrysich Wzgórz.

Nigdy nie byłam w Indiach, chociaż ta orientalna perełka na mapie fascynuje mnie równie mocno, jak cała Azja. "Tygrysie Wzgórza" Sarity Mandanna to opowieść o mieszkańcach południowego regionu Indii - Kodagu, których losy przeplatają się ze sobą na przestrzeni dziejów rodziny pięknej dziewczyny o imieniu Dewi. Poznajemy ją w dniu jej narodzin, który zwiastują czaple - hinduski symbol przywiązania człowieka do ziemi. Życie bohaterki nie jest jednak usłane różami. Wielka, niespełniona miłość, zawiedziona przyjaźń i zmieniająca się rzeczywistość stawiają Dewi i osoby bliskie jej sercu przed trudnymi i często dramatycznymi wyborami. Cała opowieść skąpana jest w kolorach, smakach i aromatach Indii. Plantacje kawy i kardamonu, wonne goździkowe gaje i zniewalający zapach niezwykle rzadko kwitnącego kwiatu bambusa towarzyszą barwnym hinduskim zwyczajom i obrzędom religijnym. Książka zaskoczyła mnie nieoczekiwanymi zwrotami akcji i przyznaję - nawet wzruszyła parokrotnie, chociaż nie jestem z tych, co ronią łzy przy romantycznych opowieściach ;) A do tego, skłoniła do zajrzenia do kuchni hinduskiej :)



Pulpeciki bhuja z soczewicy:

2 szklanki zielonej soczewicy,
1 duża cebula,
1 duży ziemniak,
1 łyżeczka mielonego kuminu,
1 łyżeczka mielonej kolendry,
1 łyżeczka mielonej kurkumy,
90 g mąki,
2 ząbki czosnku,
1 łyżka utartego świeżego imbiru,
1 szklanka przecieru pomidorowego,
2 szklanki bulionu warzywnego,
1 szklanka śmietany,
ok. 200 g fasolki szparagowej,
2 marchewki,
olej do smażenia

Dzień wcześniej wieczorem zalać soczewicę zimną wodą i moczyć przez noc. Następnie dobrze osączyć.

Cebulę i ziemniaka zetrzeć na tarce i dobrze odcisnąć płyn. W misce wymieszać soczewicę, cebulę i ziemniaka, przyprawy (kumin, kolendrę, kurkumę) i mąkę. Formować kulki wielkości orzecha włoskiego* i układać na desce do krojenia lub blasze. Przykryć folią i chłodzić w lodówce 30 minut.

Na patelni dobrze rozgrzać olej (nalany na głębokość ok. 2 cm) i partiami smażyć soczewicowe pulpeciki, aż zarumienią się z każdej strony. Osączyć na papierowym ręczniku.

W płaskim garnku rozgrzać dwie łyżki oleju. Dodać posiekany czosnek i imbir i smażyć na małym ogniu mieszając około minutę. Dodać przecier pomidorowy, bulion i śmietanę. Zagotować, zmniejszyć ogień i gotować bez przykrycia 10 minut. Dodać obraną fasolkę szparagową i marchewkę pokrojoną w plasterki oraz pulpeciki z soczewicy. Przykryć i gotować na małym ogniu 35 minut, mieszając od czasu do czasu delikatnie, aby nie uszkodzić kulek.
Podawać z pieczywem hinduskim.

* Lepienie pulpecików na początku wydaje się misją niemożliwą, bo soczewicowe ziarenka nijak nie chcą się lepić do siebie, ale nie należy się zrażać :) W końcu nabiera się wprawy ;) Ważne, aby mieć suche ręce, lekko umączone i nie próbować kulgać pulpecików w dłoniach, ale formować je palcami na desce oprószonej mąką. Same pulpeciki można zrobić dzień wcześniej i przechować w zamkniętym pojemniku w lodówce. Wychodzi ich sporo. Na jednodniowy obiad można spokojnie zrobić z połowy porcji.



(...) Podawano kolejne potrawy z warzyw i mięs, a gdy nawet najpojemniejszy żołądek został napełniony, zaserwowano kadzie słodkiego mlecznego pajasamu z zakrzepłymi w środku rodzynkami, pomarańczowe dźangiry ociekające syropem i kokosowe barfi, sprowadzone z Majsuru specjalnie na tę okazję, zabarwione rumianym różem i powleczone tłuczonym srebrem. Poczęstowano liśćmi betelu i orzechami arekowymi, a na koniec parującą kawą.


Kokosowe barfi:


400 ml (1 puszka) mleka skondensowanego słodzonego,
2 szklanki startego świeżego kokosa lub wiórków kokosowych,
1/4 szklanki cukru,
1 łyżeczka mielonego kardamonu,
3 łyżki masła klarowanego (najlepiej ghee jeżeli macie pod ręką),
1/2 szklanki płatków migdałowych (opcjonalnie)

Mleko skondensowane, cukier i kokos wymieszać w rondlu o grubym dnie i podgrzewać. Gotować na małym ogniu mieszając, aż masa zgęstnieje i zacznie robić się jednolita. Dodać masło, wymieszać i jeszcze raz zagotować. Na końcu wymieszać całość z kardamonem. Gęstą masę rozsmarować na płaskim talerzu lub w foremce, lekko wysmarowanej masłem i wysypanej płatkami migdałowymi. Pozostałymi migdałami posypać wierzch i zostawić do stężenia.
Gotowe barfi pokroić w romby lub kwadraty.



poniedziałek, 18 lipca 2011

Sernik czekoladowy z (dzikimi) czereśniami



Nieopodal ogrodu mojej babci rosną dzikie czereśnie. Niepozorne, wybujałe w górę cztery drzewka, ukryte pośród stojących po sąsiedzku topoli, krzaków czarnego bzu, dzikich gruszek ulęgałek i mirabelek, nie od razu rzucają się w oczy. Czasem nie owocują wcale, czasem wręcz przeciwnie - uginają się pod ciężarem oblepiających gałązki owoców i nierzadko - stada żerujących na nich szpaków ;) Już dawno odkryliśmy, że drzewka, mimo braku arystokratycznych korzeni, rodzą owoce, które swoim niepowtarzalnym smakiem mogłyby zadowolić najdelikatniejsze nawet podniebienia smakoszy. Natura, jak zwykle okazała się mistrzynią w swoim fachu, bo co najciekawsze - każda z dziko rosnących tam czereśni to zupełnie inny gatunek. Są czereśnie małe, prawie czarne i bardzo słodkie, inne ciemno-bordowe - słodkie, ale z wyraźną gorzką nutą, czerwone gorzkie, idealne do mięs i na przetwory dla koneserów i ostatnie, najbardziej urodziwe - duże, szkliste, przypominające wiśnie "szklanki", jasno-różowe i słodkie. Wszystkie są tak samo niewdzięczne w drylowaniu, bo dużo mniejsze od czereśni hodowlanych, ale nie zraża nas to ani trochę, bo takiego smaku ze świecą szukać w sklepach i na targach :)



Kiedy przychodzi lato z urodzajem na dzikie czereśnie, nasza piwnica błyskawicznie wypełnia się zapakowanymi w słoiki czereśniowymi przetworami o najróżniejszych kombinacjach smakowych - dżem z czereśni gorzkich, dżem z czereśni słodkich, słodko-gorzka konfitura, frużelina z różowymi, słodkimi czereśniami zatopionymi w ciemnej, lekko gorzkiej czereśniowej galaretce.
W tym roku, urodzajny sezon czereśniowy postanowiłam zakończyć wypiekiem. Mocno czekoladowy sernik, o konsystencji musu okazał się fantastyczną oprawą dla ostatniej garści dzikich czereśni. Nie będę Was szczególnie do niego przekonywać - niech broni się sam smakiem i prezencją. Mogę tylko napisać, że zachwyceni nim będę jednocześnie wielbiciele serników i czekoladoholicy, tak samo jak miłośnicy wyrafinowanych połączeń smaków :) Oczywiście dzikie czereśnie można zastąpić zwykłymi lub słodkimi wiśniami, ale rozejrzyjcie się najpierw wokół siebie - może czai się gdzieś w pobliżu jakaś niepozorna, mała dzika czereśnia :)



Sernik czekoladowy z czereśniami:

spód -
150 g herbatników,
80 g masła

sernik -
800 g kremowego serka śmietankowego,
4 jajka,
150 g cukru,
200 g dobrej, ciemnej czekolady,
500 g czereśni

Herbatniki pokruszyć i wymieszać z rozpuszczonym masłem. Dużą tortownicę (średnica ok. 26 cm lub większa) wysmarować masłem i wyłożyć ciastkami z masłem, dociskając starannie do dna. Zostawić w lodówce na około 30 minut.

Serek utrzeć z cukrem na kremową masę. W oddzielnym naczyniu utrzeć jajka do białości i stopniowo dodawać do masy serowej. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i ostudzić (bardzo ważne, bo inaczej zrobią się w cieście czekoladowe grudki ;)), po czym wlać do masy sernikowej i dokładnie wymieszać. Na końcu dodać umyte i wydrylowane czereśnie (można zostawić garść do dekoracji) i jeszcze raz wymieszać łyżką.

Rozgrzać piekarnik do 170 stopni. Na schłodzony spód ciasteczkowy wylać czekoladową masę sernikową. Piec około godzinę i studzić przy otwartych drzwiczkach piekarnika. Przed podaniem najlepiej schłodzić w lodówce, bo smakuje wybornie na zimno.

Potrzebna jest szczelna tortownica, bo masło ze spodu lubi ucieczki dołem, czego skutkiem może być zadymiony piekarnik. Na wszelki wypadek najlepiej owinąć dno tortownicy folią aluminiową przed pieczeniem.





wtorek, 12 lipca 2011

Noodles z grzybami i dressingiem cytrynowo-imbirowym



Lipiec upływa wcale nie leniwie i wcale nie wakacyjnie. Pogoda w kratkę, bardziej wiosenna niż letnia, skutecznie zniechęca nawet do jednodniowych wypadów nad wodę. Rekompensuję to sobie na przemian - wizytami u przyjaciół i goszczeniem ich u siebie, bo w przeciwieństwie do kapryśnej pogody, z nimi zawsze jest lato :) W kuchni trwa gorący okres przetwórstwa owocowego i w kipiących nieustannie garnkach zmienia się tylko wsad - jagody kamczackie i agrest ustąpiły miejsca czereśniom (o których następnym razem :)), kiedy na swoją kolej czekają już niecierpliwie porzeczki. Czasu i miejsca na inne przyjemności kulinarne brak, więc do łask wracają szybkie i proste obiadowe makarony.

W tym przepisie najważniejszy jest dressing. Nie tylko nadaje główny, smakowy ton makaronowi z grzybami, ale może być też samodzielnym, uniwersalnym dodatkiem do innych dań. Spróbujcie skropić nim usmażone na chrupiąco lub ugotowane warzywa (kalafior, fasolka szparagowa i bób powinny pasować świetnie) albo rybę w dowolnej postaci. Ale na początek pora na azjatyckie noodles - pyszne nawet na zimno. Ze specjalną dedykacją dla Anonima, który moje wcześniejsze noodles z kurczakiem i kapustą uznał za potwornie tłuste danie - uwaga - tutaj oliwę dodaje się tylko raz - do dressingu ;)



Noodles z grzybami i dressingiem cytrynowo-imbirowym:
(na podstawie Simply Recipes)

dressing -
skórka otarta z 1 cytryny,
1 łyżka świeżo wyciśniętego soku cytrynowego,
3/4 łyżeczki pieprzu cayenne,
ok. 2-cm kawałek świeżego imbiru,
1/4 szklanki octu ryżowego,
1/3 szklanki sosu sojowego,
1 łyżka miodu,
1 łyżka oleju sezamowego,
3 łyżki oliwy

makaron -
300 g makaronu (u mnie pszenne noodles, ale można wykorzystać inny makaron azjatycki - udon, soba lub zwykłe spaghetti lub wstążki),
200 g grzybów (u mnie pieczarki + uszaki (Mun)),
1,5 łyżki masła,
2 łyżki posiekanych świeżych ziół (natka pietruszki, szczypiorek, bazylia, kolendra, tymianek),
1 łyżka sezamu

Wszystkie składniki dressingu, oprócz oleju sezamowego i oliwy, wrzucić do blendera i zmiksować, po czym dodać oleje i zmiksować ponownie.

Ugotować makaron wg instrukcji na opakowaniu. W tym czasie zaparzyć grzyby Mun i pokroić w plastry umyte pieczarki. Na patelni rozgrzać masło i wrzucić grzyby. Dusić do czasu, aż zmiękną i wyparuje z nich woda.

Ugotowany makaron wymieszać w dużej misce z grzybami, ziołami i ziarnem sezamowym. Polać cytrynowo-imbirowym dressingiem i jeszcze raz dobrze wymieszać przed podaniem.





niedziela, 10 lipca 2011

Z sercem na dłoni ;)



dam Ci serce szczerozłote.
dam konika cukrowego.
weź to serce, wyjdź na drogę.
i nie pytaj się "Dlaczego?"

Szczerozłotego serca co prawda nie mam, ale za to mam truskawkowe ;) Sezon truskawkowy w moim ogrodzie zakończył się już kilka tygodni temu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pośród pustych grządek, na jednym z krzaczków, znalazłam ostatnio piękne, słodkie, czerwone serduszko :) Sympatyczne zakończenie sezonu, prawda? :)



wtorek, 5 lipca 2011

Ciasteczka rumiankowe



Znowu muszę Was przeprosić za wszystkie zaległości w odpowiadaniu na Wasze maile i komentarze. Wszystko dlatego, że zrobiłam sobie wolne i spędziłam dłuuugi weekend na moim ulubionym nadmorskim festiwalu. Mieszanie w garnkach porzuciłam na chwilę, aby zatrzymać zegary z Coldplay, pomachać długą grzywką razem z Paolo Nutinim, pobujać się do afrykańskich rytmów w strugach wieczornej ulewy wraz z Youssou N'Dourem, zajrzeć w czarne oczy Małego Księcia (tak tak - stałam pod samą sceną ;D) i wykąpać się w purpurowym deszczu dźwięków jego zaczarowanej muzyki :) Ale przed tym wszystkim upiekłam ciasteczka :)



Rumianek pewnie kojarzy się Wam, jak i mnie przede wszystkim z dziecięcą herbatką na ból brzuszka lub aseptycznym środkiem do przemywania skóry. Małe, biało żółte, niepozorne kwiatki, mają przyjemny, łagodny zapach i to daje im potencjał do zastosowania kulinarnego :) Na fali letnich kwiatowych wypieków, po bardzo udanych ciasteczkach lawendowych, natknęłam się kiedyś na przepis na ciastka z rumiankiem. Jako że rumiankowy sezon w pełni i kwiatków zatrzęsienie na pierwszej lepszej łące, lesie i ogrodzie, przyszedł i czas na rumiankowe wypieki :) Sam rumianek w ciasteczkach wydawał mi się zbyt mdły i mało wyrazisty, więc dodałam do ciasta odrobinę skórki cytrynowej. Delikatne w smaku, jak sam rumianek ciastka, smakują wspaniale z herbatą, ale jeżeli chcecie naprawdę przenieść się do krainy dzieciństwa, koniecznie spróbujcie ich z mlekiem :) I jeszcze tylko jedna, ważna zasada - zbierajcie rumianek tylko z miejsc z dala od dróg i miejskiego kurzu, aby ciasteczka zamiast rumiankowych nie wyszły ołowiane ;)



Ciasteczka rumiankowe:

150 g zimnego masła,
150 g cukru pudru,
2 łyżki suszonego rumianku,
1 żółtko,
2 łyżki śmietany,
300 g mąki,
1 łyżeczka skórki otartej z cytryny,
1 szczypta soli

Rumianek rozetrzeć lekko w moździerzu.
Mąkę wymieszać z solą i cukrem pudrem i dodać pokrojone w małą kostkę masło. Dodać mąkę, żółtko i śmietanę, posiekać wszystko nożem. Na końcu dodać skórkę cytrynową i rumianek. Szybko zagnieść jednolite ciasto i uformować kulę, po czy owinąć folią i schłodzić w lodówce.

Rozgrzać piekarnik do 175 stopni. Schłodzone ciasto rozwałkować cienko (na ok. 0,5 cm) i wykrawać ciasteczka. Ułożone na blasze piec ok. 10-12 minut do lekkiego zarumienienia.



  © Blogger template 'Morning Drink' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP