piątek, 23 grudnia 2011

Hej kolęda, kolęda! :)



To będzie bardzo długi dzień - jak zawsze w wigilię Wigilii. Już czekają na swoją kolejkę do ciepłego piekarnika makowce i świąteczny sernik. Tort makowy domaga się przełożenia słodką śmietaną, choinka wieczorowej kreacji, prezenty opakowania, a obrusy solidnego prasowania. To będzie bardzo długi dzień...

Dlatego, korzystając z ostatniej przedświątecznej wolnej chwilki, chciałabym życzyć Wam pięknych, rodzinnych Świąt, przynajmniej odrobiny (a najlepiej całej masy! :)) tej świątecznej magii, na którą czeka się cały rok, a na ten rok następny - dużo zdrowia i nieustannej radości smakowania życia,

Komarka



wtorek, 20 grudnia 2011

Wigilijne paszteciki z kapustą i grzybami "rybki"



Lubię symbolikę i symbole. Sianko pod obrusem, opłatek, dodatkowe nakrycie i miejsce przy stole, dwanaście potraw, światło świec, igliwie i jemioła - to wszystko czyni święta Bożego Narodzenia wyjątkowymi i przypomina, co jest ich istotą. Jednym z najstarszych symboli w historii ludzkości jest ryba. Ryby nie może zabraknąć też na wigilijnym stole. W moim domu tradycyjnie pojawi się karp - smażony, w galarecie, faszerowany i zapiekany w białym winie, jak zawsze będą też i śledzie i pstrąg lub sandacz. W tym roku postanowiłam też pobawić się symboliką i oprócz prawdziwych ryb, których pozycja na świątecznym stole pozostanie niezachwiana, zaskoczyć domowników rybkami drożdżowymi, nadziewanymi pyszną, postną kapustą z grzybami, które podam do barszczu :) Nie będę oszukiwać, że są błyskawiczne i proste do wykonania, bo jest z nimi o wiele więcej roboty niż z klasycznymi, zawijanymi pasztecikami, ale jeżeli macie jeszcze jakąś luźną chwilkę przed wielką, sobotnią godziną zero i macie ochotę trochę się pobawić - polecam :) Można je przygotować wcześniej i natychmiast po upieczeniu i ostudzeniu zamrozić, a w Wigilię odgrzać w ciepłym piekarniku.



Drożdżowe paszteciki z kapustą i grzybami "rybki":

ciasto -
500 g mąki,
30 g świeżych drożdży,
2 łyżeczki cukru,
1 szklanka mleka,
60 g masła,
1 jajko,
1 żółtko,
1 łyżeczka soli,
kilkanaście ziaren pieprzu

dodatkowo - jajko do smarowania

nadzienie -
500 g kiszonej kapusty,
1 duża cebula,
garść suszonych grzybów,
1/2 łyżeczki kminku,
sól, pieprz,

Drożdże rozetrzeć z cukrem, 2 łyżkami mąki i 4 łyżkami ciepłego mleka. Odstawić na około 15 minut do wyrośnięcia.

Jajko i żółtko utrzeć z solą na puszysty krem. Mąkę przesiać do miski, w środku zrobić wgłębienie i przełożyć wyrośnięty zaczyn drożdżowy. Dodać utarte jajka i ciepłe mleko. Mieszać dodając powoli stopione masło. Wyrobić jednolite, lśniące ciasto. Z ciasta uformować kulę i zostawić w oprószonej mąką i przykrytej ściereczką misce do wyrośnięcia.

Suszone grzyby zalać wodą i zostawić na kilka godzin do namoczenia.
Kapustę kiszoną opłukać, jeżeli jest bardzo kwaśna i osączyć na sicie, po czym posiekać. Przełożyć go garnka i wraz z namoczonymi i posiekanymi grzybami oraz wodą, w której się moczyły gotować na małym ogniu około 40 minut (jeżeli wody jest za mało lub wyparuje, podlać w trakcie gotowania).
Posiekaną cebulę zeszklić na rozgrzanym na patelni oleju, po czym dodać obgotowaną kapustę z grzybami oraz kminek. Całość zasmażyć, przyprawiając do smaku solą i pieprzem. Ostudzić.

Wyrośnięte ciasto drożdżowe przełożyć na stolnicę i podzielić na małe porcje.
Każdą kulkę ciasta naciąć lekko nożem z jednej strony i nałożyć do środka farsz z kapusty. Zlepić (brzegi można dodatkowo posmarować lekko roztrzepanym jajkiem lub samym białkiem). Uformować w kształt rybki i ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Z resztek ciasta ulepić malutkie kulki, wysmarować je roztrzepanym jajkiem i po dwie przylepiać do każdego z pasztecików, formując rybie pyszczki. Zostawić na około 20 minut do wyrośnięcia.

Każdą rybkę z ciasta wysmarować roztrzepanym jajkiem, po czym końcówką małych nożyczek ponacinać rybie łuski i przykleić oczy z ziarenek czarnego pieprzu.

Rozgrzać piekarnik do 200 stopni i piec paszteciki około 15-20 minut do zezłocenia.





niedziela, 18 grudnia 2011

Katarzynki, grzybki i inne pierniczkowe szaleństwa



Znowu nie udało się! :) Mój coroczny bunt przeciw pieczeniu świątecznych pierniczków, jak zwykle ulotnił się jak kamfora wraz z pierwszym zapachem świerku i blaskiem pierwszych choinkowych światełek w okolicy. Ostatecznie stanęło na garści cieniutkich i chrupiących pierniczków na choinkę, pudełku puchatych "katarzynek" i koszyczku piernikowych grzybków. No to mamy święta :)



Pomysł na grzybki z piernika przywiozłam z targów ogrodniczych :) Kilkakrotnie widziałam je na targach w Starym Polu i oglądając je zwykle z daleka na jednym z targowych stoisk, byłam święcie przekonana, że są to grzybki bezowe i pewnie dalej żyłabym z tym przekonaniem, gdyby nie towarzysząca mi koleżanka, która postanowiła mnie tymi grzybami uszczęśliwić (Kasiu, dziękuję! :P). Ku naszemu zdumieniu, okazało się, że grzybki wcale nie są bezowe, ale piernikowe - z lukrowanymi nóżkami i imitującą pozostałości ściółki makową posypką. Pachnące korzeniami i śliczne :) Od razu pomyślałam o wykorzystaniu ich na tysiąc sposobów w świątecznych dekoracjach. Na pewno dodadzą szyku bûche de Noël, czyli wigilijnej roladzie w kształcie polana lub każdemu innemu ciastu korzennemu, fantastycznie wyglądają zawieszone na choince i jako element świątecznych stroików. Długo zastanawiałam się, jakie ciasto najlepiej nadawałoby się na upieczenie grzybków - takie, które lekko rośnie i nie zmienia kształtu i struktury podczas pieczenia. Najbardziej odpowiednie wydało mi się ciasto na pierniczki "katarzynki" i to był strzał w dziesiątkę :) Bo tak naprawdę, poza tym upieczenie grzybków jest dziecinnie proste - wystarczy ulepić z ciasta spłaszczone z jednej strony kulki na kapelusze i walcowate nóżki, a po upieczeniu skleić gęstym lukrem. Proste, a jakie urocze, prawda? :)



Przy okazji upiekłam też trochę tradycyjnych "katarzynek", w charakterystycznym dla nich kształcie sześciu połączonych medalionów. Przyznam się, że o wiele bardziej lubię pierniczki miękkie i puchate od tych cieniutkich i chrupiących. Figuralne i cieniutkie powędrują więc na choinkę i świąteczny stół, a "katarzynki" na pewno z przyjemnością podgryzać będę do nowego roku :) Zaraz po upieczeniu i one twardnieją, ale po leżakowaniu w szczelnie zamkniętym pojemniku, po jakimś czasie miękną. Połowę z moich katarzynek posmarowałam rozpuszczoną czekoladą, żeby jeszcze bardziej pofolgować świątecznej rozpuście ;)



Pierniczki "katarzynki":

400 g mąki,
200 g miodu naturalnego,
100 g cukru pudru,
1 jajko,
2 łyżeczki przyprawy korzennej,
2 łyżeczki sody oczyszczonej,
1 łyżka melasy

Miód, cukier, melasę i przyprawę korzenną podgrzewać do rozpuszczenia i połączenia wszystkich składników, po czym ostudzić. Mąkę wymieszać z sodą. Dodać masę miodowo-korzenną i jajko. Zagnieść jednolite, lśniące ciasto.

Ciasto rozwałkować na około 0,5 cm. Wykrawać pierniczki foremką do katarzynek.
Pierniczki ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Piec około 15 minut w piekarniku nagrzanym do 190 stopni.

Ostudzone pierniki przełożyć do metalowej puszki lub pudełka z pokrywką. "Katarzynki" kruszeją po około 2 tygodniach leżakowania.



Piernikowe grzybki:

1 porcja ciasta na "katarzynki",
1 białko,
cukier puder,
1 łyżka maku

Z surowego ciasta ulepić kulki o średnicy ok. 4 cm. Kulki spłaszczyć z jednej strony, dociskając do blatu. Rączką drewnianego wałka lub łyżki zrobić lekkie wgłębienie w podstawie kapelusza. Z pozostałej porcji ciasta uformować tyle samo nóżek co kapeluszy. Wszystkie elementy ułożyć na wyłożonej papierem do pieczenia blasze. Piec około 15 minut w piekarniku nagrzanym do 190 stopni. Pierniki wyjąć na kratkę i ostudzić.

Przygotować lukier - białko utrzeć z cukrem pudrem, dodając cukier do czasu, aż masa będzie gęsta i jednolita. Piernikowe nóżki oraz podstawy kapeluszy posmarować lukrem, docisnąć i delikatnie ułożyć na kratce. Końcówki nóżek posypać makiem. Zostawić do zastygnięcia.






środa, 14 grudnia 2011

Korzenna rolada miodowa



Nie wiem, czy będą to zakręcone święta, czy zapowiada się dla mnie zakręcony nowy rok, ale coś każe mi wciąż rolować ;) Z tej przyczyny jeszcze jedna zawinięta w ślimak propozycja zimowo-świąteczna :) Szczerze mówiąc, najbardziej zainteresował mnie w przepisie korzenny biszkopt na samym miodzie i melasie, bez dodatku cukru. Świetnie nadaje się jako alternatywa dla piernika - dużo lżejsza, beztłuszczowa i bardziej puszysta. Podobnie jak piernik, w połączeniu z kremem smakuje najlepiej po przynajmniej jednodniowym leżakowaniu, kiedy kompozycja smaków nabierze mocy, a biszkopt - przyjemnej wilgotności. Uprzedzę jeszcze Wasze pytania o grzybki ;) Grzybki co prawda nie pachną lasem, za to pachną, podobnie jak ciasto - korzennymi przyprawami. Ale to już zupełnie inna historia, więc na nią i na przepis na piernikowe grzybki zapraszam następnym razem :)



Korzenna rolada miodowa:
wg The Australian Women's Weekly "Baking"

biszkopt miodowy -
50 g mąki pszennej,
75 g mąki kukurydzianej,
1 żółtko,
4 białka,
175 g płynnego miodu,
2 łyżki melasy,
1 łyżeczka mielonego imbiru,
1 łyżeczka mielonego cynamonu,
1/2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej,
1/4 łyżeczki mielonych goździków,
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej,
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
2 łyżki wrzącej wody,
30 g wiórków kokosowych

krem maślany -
125 g miękkiego masła,
100 g cukru,
1/2 łyżeczki żelatyny w proszku,
1 łyżka mleka,
80 ml wody,
1/2 łyżeczki esencji waniliowej

Białka ubić na sztywną pianę. Miód wymieszać z melasą i powoli dodawać do piany, ciągle ubijając (wlewałam cienką stróżką). Na końcu dodać żółtko i dokładnie zmiksować.

Mąkę pszenną i kukurydzianą przesiać do miski, dodać sodę, proszek do pieczenia i przyprawy korzenne - dokładnie wymieszać. Składniki sypkie dodać do masy białkowej i delikatnie wymieszać łyżką. Na koniec dodać wrzącą wodę i jeszcze raz delikatnie wymieszać.

Foremkę 25 x 30 cm wyłożyć papierem do pieczenia i rozsmarować ciasto. Piec około 15 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni (nie można ciasta przepiec, ponieważ będzie suche i łamliwe. Biszkopt musi się tylko lekko zarumienić.

Na wilgotnej ściereczce położyć arkusz papieru do pieczenia i posypać go wiórkami kokosowymi. Upieczone i gorące ciasto przełożyć na papier, ostrym nożem odkroić suche, przypieczone brzegi i za pomocą ściereczki i papieru delikatnie zrolować biszkopt. Zawinąć w ściereczkę i zostawić do ostygnięcia.

Przygotować krem - cukier, żelatynę, wodę i mleko podgrzać w rondelku mieszając, aż cukier rozpuści się całkowicie (nie gotować), po czym odstawić do ostygnięcia.

Masło utrzeć z esencją waniliową na biały, puszysty krem. Cały czas ucierając dodawać stopniowo ostudzony całkowicie syrop z żelatyną.

Ostudzony biszkopt delikatnie rozwinąć i lekko nasączyć (np. przegotowaną wodą z sokiem z cytryny i rumem) i rozsmarować krem maślany. Całość zwinąć w roladę i oprószyć cukrem pudrem.

według mnie -
- z podanej proporcji kremu jest zdecydowanie za mało w stosunku do puszystego ciasta - polecam podwójną porcję,
- krem jest słodki, więc ciasto warto posmarować najpierw jakąś kwaskowatą marmoladą, dopiero potem kremem. Można też zmniejszyć ilość cukru,
- rolada smakuje najlepiej na drugi i trzeci dzień.




niedziela, 11 grudnia 2011

"Kiedy swego czasu goły las nastaje, Święty Hubert z lasu cały obiad daje" :)



Pamiętacie, jak całkiem niedawno, przy okazji święta kuchni polskiej wspominałam dawne, staropolskie uczty sarmackie, w czasie których stoły uginały się od specjałów kuchni myśliwskiej i wszelkich innych darów lasów? Sezon na dziczyzną w pełni, więc namiastką takiej uczty uraczyło tydzień temu blogerów kulinarnych stołeczne Makro.

To już trzecie warsztaty kulinarne w Centrum HoReCa, w których miałam przyjemność wziąć udział i po raz trzeci, ze względu na ich temat, nie wahałam się ani chwili, czy aby na pewno warto przemierzyć te 300 kilometrów w jedną stronę, aby zgłębić parę nowych tajników szefów kuchni. Co prawda w programie nie było zająca (choć miałam nadzieję, że kurs jego przyrządzania pozwoli zatrzeć w końcu zajęczą porażkę sprzed lat ;)), ale i tak wróciłam z głową pełną inspiracji i pomysłów ich wykorzystania we własnej kuchni.









Przede wszystkim domowa wędzarnia. Pomyślelibyście kiedyś, że za pomocą głębokiej patelni, folii aluminiowej, drewnianych wiórów, herbaty, metalowego sitka i miski można uwędzić kawałek mięsa, który smakuje potem jak dzieło sztuki kulinarnej z ekskluzywnej restauracji? :) Dokładnie w ten sposób uwędziliśmy na warsztatach sarni comber. W skład rozżarzonej w patelni podściółki, oprócz drewnianych wiórków i czarnej herbaty liściastej, wchodził też cukier, gałązki świeżego rozmarynu i skórka otarta z cytryny, co zapewniło mięsu fantastyczny aromat. Mam zamiar wykorzystać ten patent w celu uwędzenia nie tylko mięsa :) Muszę tylko sprawdzić przedtem, czy na pewno mam sprawny wyciąg kominowy i uprzedzić sąsiadów, żeby nie wzywali straży pożarnej, kiedy zobaczą unoszący się z okna kuchennego dym ;)





Razem z Niną, na naszym stanowisku warsztatowym (snując marzenia o takiej myśliwskiej uczcie w "realu" ;)), przygotowałyśmy jeszcze pasztet z dzika z suszoną śliwką i absolutnie pyszny filet z jelenia z borowikami, pieczony w cieście francuskim i podawany z konfiturą z czerwonej cebuli. Żeby tego było mało, miałyśmy okazję spróbować pieczeni z dzika w maśle ziołowym i dania, żywcem przeniesionego ze stołu księcia Sapiehy, czyli zrazów z mięsa dzika.

Makro przyjęło nas, jak zawsze iście po królewsku, za co organizatorom i panom kucharzom należy się ukłon. Po raz pierwszy patronat nas warsztatami objął "moderator" naszej kulinarnej blogosfery, czyli niezastąpiony Durszlak, reprezentowany przez Kasię i Marcina. Gdyby nie ograniczenia czasowe, pewnie jeszcze długie godziny zamęczalibyśmy pana Grzegorza i Piotra pytaniami o kolejne kulinarne patenty, testowalibyśmy kolejne dania i dyskutowalibyśmy przy stole o naszych kolejnych kuchennych doświadczeniach, jak to blogerzy kulinarni mają w zwyczaju ;) Do kolejnego, miłego zobaczenia :)





wtorek, 6 grudnia 2011

Świąteczna strucla makowa - drożdżowa i krucho-drożdżowa



Dzisiaj Mikołajki, więc będzie trochę prezentowo :)
Dzisiejszy wpis powstał na specjalną prośbę czytelniczki Anity, która długo czekała na pojawienie się tutaj przepisu na świątecznego makowca. Rzeczywiście nigdy wcześniej nie pojawił się na blogu i to wcale nie dlatego, że nie piekę go czy nie lubię. Wręcz przeciwnie :) Strucle makowe to podstawa świątecznych słodkości w moim domu i pieczemy je w ilościach prawie hurtowych (muszą być przynajmniej cztery :)), bo nikt nie wyobraża sobie nie tylko świąt, ale i całego poświątecznego tygodnia, aż do Nowego Roku, bez kawałka makowca. Przygotowujemy je tradycyjnie w Wigilię rano lub dzień wcześniej i dlatego w ferworze innych świątecznych przygotowań nigdy nie udało mi się sklecić wpisu na ten temat. W tym roku, na prośbę Anity zrobiłam sobie mały makowcowy przedsmak świąt dużo wcześniej, uszczęśliwiając przy okazji całą rodzinę, bo amatorów maku w niej nie brakuje :)



Tradycja rzecz święta, więc tutaj nie eksperymentuję. Moje makowce to proste, puszyste ciasto drożdżowe i naszpikowana bakaliami, pachnąca miodem masa makowa. Równie ważny jest dla mnie balans pomiędzy ciastem i nadzieniem - maku musi być sporo, ale nie może on przytłaczać ciasta. To oczywiście kwestia gustu i tylko od Was zależy, czy rozsmarujecie na cieście kilka łyżek mniej lub więcej słodkiej masy. Za to polecam Wam bardzo wypróbowanie wersji krucho-drożdżowej. Ciasto ma zupełnie inną konsystencję i dzięki czemu strucla ma chrupiącą skórkę i wilgotny środek, wolniej czerstwieje. W dodatku to coś dla zapracowanych - jej przygotowanie zajmuje mniej czasu niż strucli drożdżowej, ponieważ nie potrzebuje długiego wyrabiania ciasta ani podwójnego wyrastania.





Drożdżowa strucla z makiem:
(proporcja na 2 strucle)

ciasto -
500 g mąki,
40 g świeżych drożdży,
250 ml (1 szkl.) mleka,
3 żółtka (białka zostawiamy - przydadzą się do masy makowej),
120 g cukru,
60 g masła,
1/2 łyżeczki soli,
kilka kropel esencji waniliowej lub 1 łyżka cukru z prawdziwą wanilią
1 jajko do smarowania

Drożdże rozetrzeć z łyżką cukru, 2 łyżkami mąki i 3 łyżkami ciepłego mleka. Rozczyn zostawić do wyrośnięcia.

Mąkę przesiać do głębokiej miski, wymieszać z solą. Żółtka utrzeć z cukrem na puszysty krem. Masło stopić, podgrzewając razem z pozostałym mlekiem.

Wyrośnięty rozczyn przełożyć do miski z mąką. Dodać utarte żółtka, wanilię i wszystko wymieszać. Wyrabiając powoli ciasto stopniowo dodawać ciepłe mleko ze stopionym masłem. Wyrabiać, aż ciasto zrobi się gładkie, pulchne i lśniące. Uformować kulę i zostawić w misce, oprószonej mąką do wyrośnięcia, aż podwoi swoją objętość.

Wyrośnięte ciasto podzielić na dwie równe części. Każdą z nich rozwałkować cienko na kształt prostokąta. Ciasto posmarować roztrzepanym białkiem i nałożyć masę makową, zostawiając ok. 2 cm wolnej przestrzeni na brzegach i zwinąć ciasno w rulon, podwijając brzegi do środka, aby zamknąć struclę.

Uformowane makowce przełożyć do form keksowych, wyłożonych papierem do pieczenia i zostawić do wyrośnięcia. Kiedy ciasto podchodzi do brzegów formy, posmarować wierzch strucli roztrzepanym jajkiem i włożyć do piekarnika nagrzanego do 170 stopni. Piec 40-50 minut (do suchego patyczka).



Krucho-drożdżowa strucla z makiem:
(proporcja na 1 struclę)

ciasto -
250 g mąki,
25 g świeżych drożdży,
70 g cukru pudru,
70 g zimnego masła,
1 jajko,
2 żółtka,
1/4 szklanki kwaśnej, gęstej śmietany,
1 łyżeczka cukru waniliowego,
1 łyżeczka skórki otartej z cytryny,
szczypta soli

Mąkę przesiać na stolnicę, wymieszać z solą i posiekać razem z masłem. Drożdże rozetrzeć z łyżką cukru i dodać do mąki razem z jajkiem i żółtkami, śmietaną, cukrem, cukrem waniliowym i skórką cytrynową. Wszystko wymieszać i szybko zagnieść ciasto (jeżeli jest zbyt rzadkie, dodać odrobinę mąki, jeżeli za gęste - trochę śmietany). Uformować kulę, owinąć folią aluminiową i schłodzić w lodówce przez około 30 minut.

Ciasto rozwałkować na oprószonej mąką stolnicy na kształt prostokąta. Ciasto posmarować roztrzepanym białkiem i nałożyć masę makową, zostawiając ok. 2 cm wolnej przestrzeni na brzegach i zwinąć ciasno w rulon, podwijając brzegi do środka, aby zamknąć struclę.

Uformowaną struclę przełożyć do formy keksowej, wyłożonej pergaminem i zostawić do wyrośnięcia. Wyrośnięte ciasto posmarować roztrzepanym jajkiem i włożyć do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Piec 40-50 minut (do suchego patyczka).



Masa makowa:
(proporcja na 2 strucle)

500 g maku,
ok. 1/2 litra mleka,
200 g cukru,
3 łyżki miodu,
60 g masła,
2 białka,
30 g blanszowanych, posiekanych migdałów,
30 g rodzynków,
30 g skórki pomarańczowej,
1 łyżeczka rumu (opcjonalnie)

Mak opłukać i sparzyć wrzącą wodą (najlepiej zrobić to wieczorem, dzień przed planowanym przygotowywaniem makowców). Odcedzić wodę, po czym mak zalać mlekiem w garnku i gotować na wolnym ogniu około 15 minut. Odcedzić i dobrze odcisnąć mak (najlepiej przez tetrową lub bawełnianą ściereczkę), po czym zmielić dwu lub trzykrotnie.
Masło stopić. Zmielony mak przełożyć do garnka lub głębokiej patelni. Dodać stopione masło, miód, cukier oraz bakalie i smażyć na wolnym ogniu około 10 minut, ciągle mieszając. Masę ostudzić i wymieszać z rumem.

Białka ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli i delikatnie wymieszać z zimną masą makową.


Parę uwag:
  • wszystkie składniki na ciasto drożdżowe powinny być wcześniej wyjęte z lodówki, aby osiągnęły temperaturę pokojową;

  • składniki na ciasto krucho-drożdżowe mogą być zimne, prosto z lodówki;

  • nie dodaję do masy makowej aromatu migdałowego ani rumowego, bo za bardzo kojarzą mi się z "pefumowanymi" makowcami ze sklepów. Jeżeli lubicie - dodajcie do masy makowej kilka kropel. Osobiście polecam raczej trochę prawdziwego rumu lub amaretto;

  • strucle makowe można również upiec na płaskiej blasze, zawijając wcześniej każdą w rulon spiętego wykałaczkami pergaminu. Trzeba pamiętać, aby nie zawijać ciasta ciasno, ale zostawić trochę miejsca, ponieważ makowce wyrosną podczas pieczenia. W każdym razie pieczenie w keksówkach jest bezpieczniejsze i szczególnie polecam je początkującym - można mieć pewność, że makowce nie rozejdą się na boki i nie popękają bardzo, a będą kształtne i krągłe;

  • mimo wszystko, makowiec lubi pęknąć gdzieś na boku w czasie pieczenia. Nie przejmujcie się - maskowanie lukrem zawsze ratuje sytuację :)

  • używam keksówek o długości 27 cm;

  • makowce można (ale nie trzeba ;)) polukrować po upieczeniu. Mój ulubiony lukier to sok cytrynowy lub pomarańczowy utarty z cukrem pudrem do pożądanej gęstości;

  • identycznie przygotowaną masę wykorzystuję do wigilijnych pierożków z makiem i śliżyków.


Chyba zdążę jeszcze przed północą (czy ktoś mi wreszcie wytłumaczy dlatego doba jest taka krótka?? ;)), więc jeszcze raz zamieniam się w Mikołaja i z przyjemnością ogłaszam wyniki zabawy-konkursu wydawnictwa Znak, związanej z książką Richarda Paula Evansa "Obiecaj mi". Przedtem chciałabym jeszcze podziękować wszystkim, którzy wzięli w niej udział i bardzo żałuję, że nie mogę nagrodzić więcej konkursowych propozycji. Cieszę się, że wszystkie wypróbowane z przepisów dania smakowały i że podeszliście do nich racjonalnie (na co w duchu liczyłam ;)) i tak jak ja, nie daliście się do końca zwieść amerykańskiemu stylowi żywienia :)

Pakiety książek Evansa z tytułami "Obiecaj mi", "Stokrotki w śniegu", "Szukając Noel" otrzymują:

- Ania Jawor, za czosnkowy rosół z kury, wart, by się dla niego rozchorować



- Nenneke, za poetyckie czekoladowe ciasto księżycowe w wersji dla alergików (bez orzechów)



- Holga, za muffiny maślankowo-jagodowe w wersji maxi


Gratuluję! :)




czwartek, 1 grudnia 2011

Chutney z zielonymi pomidorami



To ostatni z moich jesiennych przetworów. Pojawia się tutaj z lekki poślizgiem, bo z różnych przyczyn wypadał z kolejki ;) ale jest za dobry, żeby przepadł na dobre lub czekał do przyszłej jesieni, szczególnie, że przydać się może jako dodatek do świątecznych pieczeni. U mnie ostatnio jest ulubionym sosem śniadaniowym do urozmaicenia smaku kanapek z wędliną lub serów. Mowa o pomidorowym chutney'u, w którego skład wchodzą pomidory zielone. A wszystko przez to, że wiosną dostaliśmy od wujka parę sadzonek pomidorów gatunku, który przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania :) Odmiana syberyjska, która nie tylko chłodu się nie boi, ale jest również odporna na wszelkie pomidorowe choroby i kiedy po wszystkich innych pomidorach, dawno trafionych pomidorową zarazą i jesiennym chłodem, zostały tylko suche badyle, nasze syberyjskie nowości pod koniec października dalej trwały w gruncie, oblepione dosłownie zdrowymi, jędrnymi owocami. Niestety na dojrzewanie pod gołym niebem nie miały szans, bo słońce zdążyło już odlecieć wraz z bocianami do ciepłych krajów, zostawiając w zastępstwie parę bladych, zimnych promieni. Pozostało zebrać pomidory z krzaczków i poczekać, aż dojrzeją w ciemnym miejscu w koszykach lub znaleźć sposób na wykorzystanie zielonych. Na usmażenie ich w panierce amerykańskim sposobem jakoś nie miałam ochoty i dlatego powstał chutney :)

Jeżeli nie macie dostępu do pomidorów zielonych, można zrobić ten sos w całości z dojrzałych, czerwonych. Bo że zrobić go warto, gwarantuję - szczególnie jeżeli lubicie słodko-kwaśne, lekko pikantne smaki.


Przypominam Wam również o zabawie, w której można wygrać pakiet trzech książek Richarda Paula Evansa, testując jeden z jego przepisów z powieści "Obiecaj mi". Na Wasze zdjęcia i opinie czekam do poniedziałku.



Chutney z zielonymi pomidorami:

500 g pomidorów zielonych,
500 g pomidorów czerwonych,
350 g cebuli,
250 g jasnego cukru muscovado,
90 g rodzynków,
1 czerwona papryczka chili,
300 ml białego octu winnego,
2 łyżeczki gorczycy,
1 łyżeczki soli

Zielone pomidory umyć i pokroić w dużą kostkę. Razem z posiekaną cebulą przełożyć do garnka. Dodać rodzynki, pokrojoną drobno papryczkę chili, cukier, sól, gorczycę i ocet winny. Podgrzewać na średnim ogniu i po doprowadzeniu do wrzenia gotować 25 minut, mieszając od czasu do czasu, aby składniki nie przywarły. Po tym czasie dodać pokrojone w kostkę pomidory czerwone i gotować na średnim ogniu kolejne 30 minut, aż sos zgęstnieje a składniki zrobią się szkliste.

Gotowy, gorący chutney przełożyć do wyprażonych słoików, zapasteryzować.





  © Blogger template 'Morning Drink' by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP